Epizod 9. Pożegnanie z Gruzją

- Grażyna i Basia? – zapytał przystojny Gruziń w mundurze celnika. – Czekaliśmy na was.
Przed oczami stanęły mi wszystkie wypite wczoraj lampki wina, a wspomnienie przygód z rosyjską poilicją wywołało gęsią skórkę.

Droga do Kutaisi. Serpentyny za serpentynami. Podczas weekendowego wypadu po Polsce takie zakrętasy to nie lada atrakcja. Jednak po kilku dniach w Gruzji serpentyny już nie robiły na nas wrażenia, wydały się wręcz mdłe. A góry robiły się coraz niższe, co sugerowało rychły koniec pobytu w Gruzji.

Narzeczone po raz trzeci

Uciekając przed upałem schroniłyśmy się w jaskini Prometeusza u stóp Kaukazu. Powitał nas jej przyjemny chłód. Fantastyczne, podświetlone na kolorowo formy skalne sprawiły, że podczas niespełna półtora kilometrowego spaceru przeniosłyśmy się do baśniowej rzeczywistości. Z cudownego transu wyrwał nas i sprowadził na ziemię niezbyt urodziwy przewodnik, próbujący namówić nas na małżeństwo. Szczęśliwie okazało się, że bycie kobietą po trzydziestce ma swoje plusy. Dowiedziawszy się, że trzeci krzyżyk na plecy już nam dawno wskoczył, przewodnik znacząco ograniczył swoje umizgi. Sprawę ostatecznie rozwiązała oburzająca, wyemancypowana odmowa podwózki na parking.

0287 0288 0289 0290 0291 0292

W końcu głodne dojechałyśmy do Kutaisi. To miasto ma ponad 2000 tysiące lat, ale trzy tygodniowy pobyt poza domem sprawiał, że nam nie kojarzyło się z historią, tylko z… Zjadłyśmy trzysta siedemdziesiąte szóste chaczapuri w klimatyzowanej restauracji typu “Kormoran” i ruszyłyśmy zaopatrzyć się w gruzińskie pamiątki. Czas naglił. Za dwa dni miało już nas tu nie być, a w zakurzonych kufrach nie było żadnych suwenirów dla bliskich.

Poszukiwane stragany z pamiątkami i rękodziełem okazały się bazarkiem z badziewiem made in China. Takie pamiątki mogłyśmy kupić na stadionie X-lecia. Przypomniałyśmy sobie jednak, że stadion wygląda już nieco inaczej i z pakietem gruzińskich magnesów, zestawem podrdzewiałych cążek do paznokci i nakrętkami do słoików wyjechałyśmy z miasta.

0294

W ławicy mercedesów

Ruch na największej drodze w tym państwie był ogromny. E-60 to jednopasmówka z poboczem – na to wskazywały znaki poziome. Jako że potrzeba jest matką wynalazku, lokalni kierowcy zrobili z jednopasmówki ciąsną, ale funkcjonującą, cztero czy nawet pięciopasmówkę. Na naszej drodze znów pojawiły się ciężarówy, które sapiąc i trzeszcząc osiągały zawrotną prędkość 20 km/godz. Pod górę wjeżdżały z mozołem. Zjeżdżając były źródłem smrodu palonych hamulców. Między nimi, jak spłoszona ławica śledzi, pomykały marsztutki i mercedesy. Na malutkich trampkach rzadko podejmowałyśmy decyzję o wyprzedzaniu. W Polsce nie miałybyśmy z tym problemów, ale zważywszy na to, że w całej Gruzji jeździ 57 motocykli, pomyślałyśmy, że kierowcy aut mogą nas nie dostrzec.

Znów zaczął doskwierać upał. Zjechałyśmy na lody do baru. A tam starzy znajomi – (za)jawkowi Litwini. Przybiłyśmy piątkę i ruszyłyśmy dalej. Pod wieczór zrobiło się chłodniej, ale na drodze wciąż panował ogromny tłok. Zmęczone zjechałyśmy do hotelu.

Obudziłyśmy się rano z niepokojem. Zaczynało brakować czasu. Sprawdziłyśmy pogodę i zaczęłyśmy mentalne przygotowania do powrotu w deszczu i zimnie. Tęsknota była doskonałym motywatorem – chciałyśmy dotrzeć do Polski na zlot trampkowy w Olzie. Szybka rozmowa i plany, by zwiedzić Tbilisi w drodze powrotnej, przełożyłyśmy na 2017 rok.

Imprezka w papuciach

Zachaczając o jakiś monastyr, bankomat, który nie chciał współpracować i skacowanego Gruzina, po południu dojechałyśmy do Kazbegi. Czułyśmy się tu jak u siebie. Usiadłyśmy na tarasie Cafe 5047 m. Wyluzowane zaczęłyśmy rozmawiałyśmy z turystami, którzy dopiero rozpoczynali swą wędrówkę. Opowiadałyśmy im o swoich wrażeniach, napawając się zachwytem polskich turystów. Szwajcarski motocyklista opowiedział nam o swoich problemach z bmw 1200 i o tym jak utknął w tym kraju z powodu usterki motocykla. Okazało się, że części zamienne musiał ściągać ze swojego kraju, bo żaden gruziński przedstawiciel BMW nie handlował motocyklami.

0295 0298  0300

0301   0304 0308 0309

Na noc zatrzymałyśmy się u wcześniej poznanego Grigorija, który pojechał do stolicy i zostawił nam cały dom. Ostatnia noc w Gruzji, chciałyśmy zaszaleć. Wyciągnęłyśmy z dna sakw turystyczny zestaw do make-upu i zestaw ciuchów jak z planu “American Hustle”. Gotowe do wyjścia zobaczyłyśmy wjeżdżającego na podwórze Dato. Przytaszczył torby z zakupami i jakieś baniaki wypełnione cieczą. Namówił nas na domówkę. Trochę tradycyjnych potraw, 4 litry wina i 3 litry czaczy – nasza ostatnia uczta. Okazało się jednak, że ostatni wieczór był jak typowa noc sylwestrowa. Mnóstwo przygotowań i oczekiwań, a wyszła spokojna posiadówka. Koło północy poszłam spać.

Specjalne traktowanie

Na pewno znacie to uczucie. Smutek, czasem rozdrażnienie związane z kończącą się przygodą. Ostatnie gruzińskie kilometry, piękne widoki i uśmiechnięte twarze. Mijałyśmy je z nostalgicznym poczuciem, że wraz z przejazdem przez granicę skończy się nasza gruzińska przygoda, którą żyłyśmy przez ostatni rok. Żegnamy przystojnych policjantów, rodzinę spod skalnego miasta, chaczapuri, gościnnych ludzi, którzy serwowali nam tutejsze przysmaki, zakonnika z monastyru, Litwinów na jawkach.

0312     0306 0305 0304 0303 0302

Podjechałyśmy na przejście graniczne. Podszedł do nas przystojny Gruzin w mundurze. Zapytał:
- Grażyna i Basia? Czekaliśmy na was.
Przed oczami stanęły mi wszystkie wypite wczoraj lampki wina, a wspomnienie przygód z rosyjską poilicją wywołało gęsią skórkę.
- Macie pozdrowienia od Dato i Szoty. Kazali was pożegnać i bezpiecznie odprawić. Szerokiej drogi.
Z łezką w oku wjechałyśmy do Rosji.

0318 0319 0321

Rosyjskie MC

Vitalija zwanego Kotem spotkałyśmy jakieś 300 kilometrów od Rostova. Popsuł mu się Piaggio i musiał wracać na Białoruś. Zaprosił nas na nocleg u kolegów motocyklistów w Rostovie. Późną nocą dotarliśmy na miejsce. Koledzy, którzy okazali się być lokalnym motocyklowym MC Rostov, zgotowali nam iście królewskie przywitanie. Pozwolili się rogościć, a potem z uwagą słuchali naszych opowieści, pstrykając na zmianę fotki naszym trampkom. Po kolacji skierowałyśmy się ku kanapie mocno nadgryzionej zębem czasu. Basia, kładąc się, nagle zastygła w bezruchu. Z kamienną twarzą, spokojnym głosem rzekła:
- Graża, właśnie obok twojego łóżka przebiegł szczur wielkości konia.
Podniosłam się, rozejrzałam wokół. Okazało się, że zwiał dziurą do piwnicy, więc nie mieliśmy szansy poznać się bliżej. Zmęczenie było silniejsze od obaw przed legendarnym gryzoniem.

0322 DSCF2690

0323 0324 0325 0326

Home, sweet home

Następnego dnia Kot swoim Piaggio odprowadził nas za Rostov i odbił na Białoruś. Zgodnie z prognozami zaczęło padać i zrobiło się zimno. Rozsądek podpowiadał by zwolnić, ale tęsknota pchała nas do domu. Ukraina przywitała poziomo padającym deszczem i 10 stopniowym chłodem. Mimo to zrobiłyśmy męczące 800 kilometrów, by jak najszybciej dotrzeć do Polski. To było świetne uczucie, kiedy dojeżdzając do przejścia w Korczowej, chmury się rozstąpiły i przywitało nas słońce. Pierwszy posiłek inny niż nieśmiertelne chaczapuri. Przydrożny bar, żurek i schabowy.

Wiedziałyśmy już, że sporo osób czeka na nas na zlocie Transalp Clubu. Gnając na łeb na szyję, z przećwiczoną na gruzińskich szutrach nawigacją, zgubiłyśmy się dwa razy na polskich autostradach. W końcu 20 września, trochę przed północą dotarłyśmy na zlot do Olzy. Witano nas chlebem i solą, kwiatami i szampanem. Czułyśmy się lepiej niż Cate Blanchett i Sandra Bullock na rozdaniu Oskarów. Wyciągnęłam z sakwy skitraną przed celnikami czaczę domowej roboty. Moja głowa (i wątroba) była już przyzwyczajona do tego napitku, ale okazało się, że klubowi koledzy odlecieli po dwóch głebszych. Z rumieńcami na twarzach opowiadałyśmy swoje przygody, jednocześnie ciesząc się, że jesteśmy w domu.

0327 IMG_0819

***

Wyprawa do Gruzji nie była taką, jaką sobie wyobrażałam. Miałam co dzień próbować wina z tubylcami i choć na chwilę stać się częścią ich życia. Miałam mieć odwagę, by wchodzić do domów, odwiedzać prywatne muzea win, zatrzymywać się tam, gdzie zobaczę coś ciekawego. W rzeczywistości okazało się, że większość czasu spędziłyśmy w drodze. Pozostawiłyśmy za sobą wiele nieodkrytych miejsc, jak choćby skład starych samochodów na Drodze Wojennej.

Udało się natomiast poznać Gruzję jako kraj różnorodny, barwny, w którym krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Połączenie widoków, niezwykłej gościnności Gruzinów z nie do końca cywilizowaną infrastrukturą drogową powoduje, że to miejsce wymarzone dla motocyklistów i poszukiwaczy przygód.

Wymyślona pół roku wcześniej przy winie wyprawa stała się przygodą życia. Czy tu wrócimy? Gruzja skradła kawałek naszych serc. Basia już tam wróciła by szlifować jazdę na DRZ-cie, galopować po szlakach Kaukazu i cieszyć się zawartą przyjaźnią. Ja wrócę do Swanetii ze swoim mężczyzną, by pokazać mu najpiękniejsze miejsce na świecie i poszaleć z nim po bezdrożach, których może nie ma na mapie, ale są w głowach gruzińskich przewodników.

KONIEC

DSC_0682+

(By Graża)

Epizod 8. Pożegnanie ze Swanetią

Młode japońskie turystki, które pedantycznie wypełniały przestrzeń pojazdu, doskonale wpisywały się w polskie wyobrażenia o azjatyckich podróżnikach. Nieodłączny atrybut przy oku robił zdjęcia każdemu fragmentowi widoku, w tym również mi. Wszystko to przy akompaniamencie piskliwych okrzyków.

Na śniadanie zjadłyśmy po bochnie przepysznego chleba szoti i ruszyłyśmy w góry. Choć wielu spotkanych turystów ostrzegało nas, że dalej drogi nie ma i że to niebezpieczne, by wracać  przez Ushguli i Lentekhi, my się nie poddałyśmy.

 0227 0226 0225
Asfalt skończył się tuż za Mestią. Zaczęły się strome górskie serpentyny. Najpierw wspinałyśmy się z 1400 na 2100 m n.p.m. do Ushguli, by potem zjechać do Lentekli. Teren niesamowity i do dziś brakuje słów, żeby go opisać. Droga wąska – od półtora do dwóch metrów. Nie przeszkadza to autom poruszającym się w obie strony. Czasami nawet motocykl miał trudności z pokonaniem kolein lub rzek, ale auta zdawały się być dawno zaprawione w bojach.

Jasna ziemia pełna różnej wielkości kamieni. Mniej lub bardziej ubity szutr, drobniejszy żwir i większe kamyki. Gdzieniegdzie czaiły się podstępne kamienie, które groziły nadprogramową glebą.  Do tego liczne wyżłobione przez wodę dziury. Z jednej strony dwustumetrowa przepaść z korytem rzeki na dnie, z drugiej wysoka skała. Drogę co chwila przecinały różnej wielkości strumienie i rzeki.
Szybkiej jeździe nie sprzyjały ani warunki na drodze, ani wspaniałe widoki. Nie byłyśmy w stanie się nimi nasycić.

0230 02500231 0232 0233 0234 0235 0236 0237 0238 0239

Twardzielki o gołębich sercach
Kiedy wyruszałyśmy na naszą wyprawę zastrzegałyśmy – jedziemy na gruzińskie szutry, a nie zwiedzać kościoły. Gruzja nas jednak nieźle zaczarowała. Jadąc po wąskiej drodze, widząc drogowskaz “Kościół Archaniołów Iprali – 1 km” nie zawahałyśmy się. Odbiłyśmy w lewo ciekawe tego, co zobaczymy po przebyciu jednego kilometra. Najpierw przejechałyśmy przez małą wioskę. Potem zrobiło się naprawdę stromo. Jechałam pierwsza, żeby zrobić rozeznanie i znaleźć zabytek z tabliczki drogowskazu. Ten, jakby ruchomy, cały czas zdawał się uciekać za kolejny skalny winkiel. Choć nie było widać celu, to przez interkom krzyknęłam do Basi:
- Dawaj, jest pięknie!
Wdrapałyśmy się w końcu w okolicę kilku domostw. Ugasiłyśmy pragnienie. Nieopodal pasły się małe świnki. Spojrzałyśmy na siebie. Dwie twardzielki na ich wielkich maszynach, którym na widok małych chrumkających zwierzątek mięknie serce. Zbliżyłyśmy się do stoku i zaczęłyśmy się z nimi bawić nasłuchując radosnego kwiczenia.

0240 0241 0242  DCIM103GOPRO DCIM103GOPRO 0246 0248 0249 0247

W górę do motocyklowego raju
Wsiadłyśmy na motocykle. Zanim doszło do zabawy z prosiakami, myślałyśmy, że stromiej być nie może. W poszukiwaniu monastyru nie dawałam za wygraną. Basia stwierdziła, że poczeka.
Po każdym pokonanym metrze w górę, widoki były coraz piękniejsze. Nie było widać końca drogi, która wiła się wzdłuż skalnego uskoku. Z każdym kolejnym stromym winklem prawdziwy offowy, zakręcony raj dla motocyklistów odkrywał swe kolejne tajemnice. Kościół nadal uciekał gdzieś za horyzont. W pewnym momencie stwierdziłam, że deklarowany kilometr już dawno przejechałam. Od kościoła mógł mnie dzielić zarówno kolejny , jak i dziesięć czy dwadzieścia tysięcy metrów. A może ktoś z drogowskazu odkleił dwa zera?

 0251 0252 DCIM103GOPRO DCIM103GOPRO
Podjęłam decyzję – zawracam do Basi. Zjeżdżając w dół dostrzegłam pick-upa wspinającego się ścieżką w górę. Kierowca przystanął. Zaczął opowiadać o atrakcjach bezdroży, spytał, czy nie chciałabym zabrać się z nimi. Młode japońskie turystki, które pedantycznie wypełniały przestrzeń pojazdu, doskonale wpisywały się w polskie wyobrażenia o azjatyckich podróżnikach. Nieodłączny atrybut przy oku robił zdjęcia każdemu fragmentowi widoku, w tym również mi. Wszystko to przy akompaniamencie piskliwych okrzyków.
Pożegnałam się z kierowcą pick-upa i wrzuciłam jedynkę. Spojrzałam w lusterko – kiedyś tu wrócę.

DCIM103GOPRO 0255 0256 0257 DCIM103GOPRO DCIM103GOPRO DCIM103GOPRO

0261 0262

Biesiada z prosiakami
Przed sobą miałyśmy jeszcze półtorej godziny jazdy do Ushguli. Dojeżdżając do miasta mocno burczało nam w brzuchach. Po minięciu tabliczki obwieszczającej, że jesteśmy u celu, zaczęłyśmy wypatrywać jakiegoś sklepu, w którym mogłybyśmy kupić cokolwiek do jedzenia.
Sklepik spożywczy przyklejony do domu mieszkalnego. W środku wybór jak w latach 80. Coś jednak musimy w sobie mieć, bo właścicielka sklepu stwierdziła, że przyrządzi nam chaczapuri. Zjadłyśmy je w towarzystwie zaciekawionych tubylców i wszędobylskich prosiaczków.

0263 0267 0266 0265 0264 0268 0270

Unia polsko-litewska
Ruszyłyśmy do Lentheki. Obwożący turystów kierowcy ostrzegali nas, że 46 kilometrów z Ushguli do Lentekhi, to trudny odcinek i oni pokonują go w osiem godzin. Niezrażone wciąż parłyśmy naprzód. W pewnym momencie spotkałyśmy całkiem oryginalnych turystów – motocyklistów. Trzej Litwini – pierwszy na czymś, co przypominało tenerę, a za nim duet na dwóch dość przechodzonych jawkach 250-tkach sprzed pół wieku. Ubiór profesjonalny – trampki, t-shirt lub lekka skórka. Ale dawali radę. Na szlaku mijałyśmy się z nimi niejednokrotnie i pękałyśmy z dumy, kiedy po postojach udawało nam się ich wyprzedzić. Takie to z nas amazonki.

02710272

0272+ 0272++ 0274 0275

Trampki we mgle
Pokonaliśmy razem większość tych trudnych 46 kilometrów. Wspólnie przeprawialiśmy się przez rzekę. Gdzieś za kolejnym winklem spotkałyśmy kolejnych motocyklistów. Tym razem jechali z naprzeciwka na dwóch ciężkich maszynach. Dla odmiany to również byli Litwini. Chłopaki na jawkach nas dogonili i zaczęły się niezwykle ciekawe rozmowy w ichniej kalbie. Uznałyśy, że lepiej zostawić Litwinów ich tematom, a szybkie spojrzenie na zegarek dokończyło dzieła decyzji o ruszeniu dalej, do Lentheki. Tym bardziej, że końca drogi nie było widać, nadal byłyśmy w górach, a z szacunków wynikało, że pokonałyśmy na razie dwie trzecie trasy. Zjechałyśmy w niższe partie gór. Przywitał nas potworny biały pył. Basia w otwartym kasku, tylko z goglami na oczach zaczęła jechać przodem. Po kilku minutach jazdy za nią nie byłam w stanie jej dostrzec. Nie pomagało zachowanie dużego dystansu. Dodatkową atrakcją były idealnie skrywające się w tumanach pyłu psy, które obskakiwały mnie z każdej strony przeganiając szczekaniem.

0276 0277 0278 0279 0280 0281 0282

Niemiłosiernie zmęczone i nieprawdopodobnie szczęśliwe, że ten ostatni odcinek mamy za sobą, dotarłyśmy do Lentekhi. Szacowane osiem godzin nawet z nieplanowanym postojem i pogaduszkami z gruzińskimi drwalami udało się nam skrócić do czterech. Swanetia rozpościerała się za plecami, ale w głowach wspomnienie tej wspaniałej krainy pozostało do dziś. To absolutnie najpiękniejszy region Gruzji.

0284 0285 0286 0283(by Graza)

Epizod 7. Dwie syreny w podboju morza nieczarnego

Podjechał drugi radiowóz. Wysiadło z niego dwóch policjantów. Na ich widok stwierdziłyśmy, że chyba ktoś chce zrobić nam niezły numer i panowie mundurowi zaraz zaczną robić streeptease.

Opuszczałyśmy przemiłych gospodarzy z łezką w oku. Trzeba było jednak ruszać do Vardzi. Po kilku kilometrach serpentyn otoczonych wysokimi skałami, naszym oczom ukazało się skalne miasto położone kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Podjazd zagradzał szlaban, więc pieszo, w pełnym motocyklowym rynsztunku, wdrapałyśmy się na górę. To miasto-klasztor zaczęto budować prawie tysiąc lat temu. Dziś to jeden z najważniejszych zabytków Gruzji, którego przed wścibskimi turystami strzeże grupka mieszkających w skałach i słuchających empetrójek mnichów. Czy Vardzia to zwykłe groty w skale, czy budząca zachwyt budowla? Kwestia gustu. Nie da się jednak ukryć, że jej ogrom i skrywane w każdej jaskini tajemnice są warte odkrycia.

0185 0178

01800181

W drodze nad morze odwiedziłyśmy zamek Rabat w Akhaltsikhe. Widok pięknie odrestaurowanych złotych kopuł sprawił, że nie chciało nam się stamtąd odjeżdżać. Siedziałyśmy i podziwiałyśmy, ale upał zaczął się dawać we znaki, więc zatankowałyśmy i w drogę.

0192 0188 0187 0186

Wyjeżdżając ze stacji benzynowej kątem oka zobaczyłam jak obsługa do nas jakoś dziwnie macha. Dziwnie, bo tak jakoś w prawą stronę bardziej. Na wszelki wypadek odmachałam i zatopiłam wzrok w nawigacji. Zgodnie z jej wskazówkami skręciłam w lewo. Przejechałyśmy kilkaset metrów, kiedy dopadł nas donośny dźwięk. Nigdy nie sądziłam, że dźwięk zagranicznego koguta może być inny niż polski.

Spojrzałam w lusterko potwierdzając swoje przypuszczenia – za nami toczył się radiowóz. Zatrzymałyśmy się na poboczu. Podszedł policjant. Srogi i nieatrakcyjny wygląd nie zachęcał do pogaduszek. Pan Władza poinformował nas, że złamałyśmy przepisy. Ze stacji nie można było skręcać w lewo (ach to o to chodziło z tym machaniem!). Wyrok zapadł. Będzie sztraf.

Za chwilę usłyszałyśmy dźwięk kolejnego gruzińskiego koguta. Podjechał drugi radiowóz. Wysiadło z niego dwóch policjantów. Na ich widok stwierdziłyśmy, że chyba ktoś chce zrobić nam niezły numer i panowie mundurowi zaraz zaczną robić streeptease. Zresztą wcale byśmy się nie obraziły. Odruchowo poprawiłyśmy włosy, ubierając twarze w uśmiechy z kolekcji uwodzicielskich.

Niestety, okazało się, że panowie wcale nie dorabiają jako tancerze go-go. Zaczęła się dyskusja i przekomarzanie. Nalegałyśmy na pouczenie. Sami decyzji o zmianie wymiaru kary podjąć nie mogli, więc zadzwonili do przełożonego. W napięciu godnym najlepszych dramatów sądowych oczekiwałyśmy na odpowiedź. Srogi policjant postanowił oddać nas w ręce swoich podwładnych, wsiadł do auta i odjechał. “To może jednak ten streeptease?” myślę, ale słyszę tylko słowo “dokumenty”.

Po pouczeniu i serii pytań o dane, wkradać zaczęły się inne, dziwne pytania.
- Macie mężów?
Ze względów bezpieczeństwa podczas naszej wyprawy odpowiadałyśmy, że tak. Tym razem aparycja funkcjonariuszy zawróciła nas na ścieżkę prawdy.
- Nie.
- Jeden z kolegów nie ma żony, więc może któraś z Was byłaby chętna?
Pomyślałyśmy, że na pewno musi chodzić o tego, który odjechał. Odpowiedziałyśmy, że w zasadzie, to my musimy już jechać, więc prosimy o dokończenie pouczenia. Panowie kończyli wywód, a my, mimo widoków, zaczynałyśmy się niecierpliwić. W końcu wsiadłyśmy na motocykle i ruszyłyśmy. Radiowóz z tancerzami jechał za nami na sygnale jeszcze jakiś czas, ale wreszcie dali za wygraną i zostałyśmy same.

Przemierzając kilometry gruzińskich dróg już nie raz przekonałyśmy się, że widoki zmieniają się tu jak w kalejdoskopie. Kilkudziesięciokilometrowy off wiódł nas teraz między pagórkami pokrytymi gęstą zielenią traw. Przez chwilę zastanawiałyśmy się, czy nie wybrać się na poszukiwania domów hobbitów. Pamiętacie ten moment, gdy Gandalf i Frodo wjeżdżają na wozie do Shire? Tym razem to my wcieliłyśmy się w ich postaci. Takie momenty za każdym razem rodziły dylemat – jechać i w ciszy podziwiać te tolkienowskie krajobrazy, czy raczej się zatrzymać i dokumentować, by móc potem wracać do wspomnień. Strumyki, strome zakosy, wioski pełne pasących się krów.

0196 0197 DCIM103GOPRO

DCIM103GOPRO DCIM103GOPRO

Czas gonił.  Jednak głód wygrał z nim wyścig. Szaszłyk i ryba w przydrożnym barze. Kiedy skończyłyśmy jeść, właściciel zawołał nas na tył budynku. Pokazał dwa małe niedźwiedzie brunatne. Miały po 4 miesiące i siedziały w klatce. Ktoś odstrzelił ich matkę i błąkały się po okolicy. Niestety w tych stronach polowania to codzienność i nikt specjalnie nie dba o prawa zwierząt. Chciałyśmy podejść bliżej, ale gospodarz zabronił. Nawet zahaczenie pazurem mogło mocno zranić.

IMG_0713

Po smacznym posiłku pakowałyśmy się na motocykle. Podjechał pick up. W środku czterech ogorzałych mężczyzn. Po krótkiej wymianie uprzejmości zaczęli nas zapraszać, by razem postrzelać do ptaków. Dopiero po chwili dostrzegłyśmy kilka gończych psów na pace i zestaw różnego rodzaju strzelb. Odmówiłyśmy. Myśliwi jednak nie odpuszczali.
- Jeśli nie chcecie strzelać, to przynajmniej napijcie się z nami czaczy.
Propozycja była kusząca, ale fakt, że byłyśmy około piętnastu kilometrów od granicy z Turcją, mocno nas onieśmielał.

Około osiemnastej gruzińskie krowy wędrują z pól do domu na wieczorne dojenie. Jadąc drogą do Batumi z trudem mijałyśmy brykające potwory. Zadziwiała nas ich niesamowita zwinność (mogłyby z powodzeniem konkurować z kozicami), a także wrodzone zdolności nawigacji. Wielokrotnie mijałyśmy stada wolno wędrujące w kierunku wsi. Wydawałoby się, że to gospodarze mają obowiązek sprowadzać bydło do domów. W rzeczywistości nikt się tym nie przejmuje i krowy wędrowniczki same snują się po drogach. Niektóre w trakcie beztroskiej migracji przypominają sobie, że nie wszystko jeszcze przeżuły, a jak wiadomo najlepszym miejscem do przeżuwania jest  środek drogi. Więc stoją sobie te brązowe krówska i wpatrują się w nas tępo, a wokół nich brykają cielaki.

DCIM103GOPRO DCIM103GOPRO

Niestrudzenie jechałyśmy na zachód. Słońce walące prosto w oczy ograniczało widoczność. Połowa drogi zajęta przez bydło rogate, a druga połowa przez ich placki. Oto droga do Batumi.

W końcu  udało się dojechać do miasta, o którym śniły Filipinki. Przepych niczym w Dynastii, tłok jak w Szanghaju, promenada jak w Sopocie, złota tyle co w Dubaju. Wszystko to już znałyśmy. Zatrzymałyśmy się więc tylko na chwilę, by na krawężniku pod przypominającym budowlę kosmiczną McDonaldsem wchłonąć po zestawie big macka. Bez żalu opuściłyśmy słynny nadmorski kurort. Cel czekał na nas trzydzieści kilometrów dalej.

Kąpiel w morzu była jednym z obowiązkowych punktów wyprawy. Po mało pociągającym nas Batumi, przestała być dla nas wyjątkową atrakcją. Z listy rzeczy do zrobienia odhaczyłyśmy ją następnego dnia, w Kobuleti.

O 10:00 woda była już jak dobrze podgrzana zupa. Na kamienistej plaży rozkładali się turyści mniej zamożni, niż ci w Batumi. Cieszyłyśmy się przejrzystą wodą i brakiem kiepów na plaży.  Brakowało nam tylko sprzedawców nawołujących “looody bambino, looody!!!”. A w morzu, jak syreny – pływałyśmy sobie pieskiem, robiłyśmy deskę i rozbudzałyśmy pasję do pływania asynchronicznego. Przywiozłyśmy ze sobą też jeden, przebadany organoleptycznie wniosek z dowodu: Morze Czarne nie jest wcale takie czarne.

DSC_0445 IMG_0500 IMG_0501

 

Dotarło do nas wreszcie to, co miałyśmy przed oczami przez cały czas. Zawsze na horyzoncie widać pasma gór. Nawet stojąc na plaży, tyłem do morza, przed oczami widzimy góry. A teraz wjeżdżamy w te najpiękniejsze – Góry Swaneckie.

Droga do Poti była niesamowicie ruchliwa. Najpierw oburzałyśmy się, kiedy widziałyśmy, że ktoś wyprzedza na trzeciego. Po chwili okazało się, że tutaj to norma.  Swoimi drobnymi w porównaniu do wszędobylskich marszrutek, ciężarówek i TIRów motocyklami, nie miałybyśmy jednak w konkurencji na trzeciego. Posłusznie jak małe kaczki jechałyśmy za nieznaną matką kaczuchą w sznurku aut.

Marszrutki to bezsprzecznie symbol Gruzji. Powinni je umieścić w godle państwowym. Mkną z zawrotną prędkością nie zważając na nic. Małe busiki zapchane po brzegi pasażerami. Na drodze rządzą się swoimi zasadami. Wyprzedzają z prawej strony,  na dwupasmowej drodze wyprzedzają na zakrętach schludnie i ekonomicznie zapakowane drewnem ciężarówki. Są jak ściśle tajne pojazdy uprzywilejowane. Szybsze od karetek i aut tutejszych służb biura ochrony rządu. Dojechać na czas, cokolwiek by się działo – oto ich motto.

O dziwo, mimo totalnie chaotycznych zasad ruchu, mimo skrajnie ryzykownej jazdy, przez całą drogę nie widziałyśmy żadnego wypadku, żadnej stłuczki. Może to przypadek, a może w tym szaleństwie jest metoda?

Wreszcie za Zugdidi ruch na drodze zmalał. Serpentynami, po świetnym asfalcie wspinałyśmy się znów wyżej i wyżej. Minęłyśmy tamę na rzece Enguri i jechałyśmy wzdłuż spiętrzonego przez zaporę jeziora Jvari. Woda zielona od minerałów i otaczających ją lasów. Natura, która nie potrzebuje photoshopa. Patrząc na to człowiek czuje się, jakby zaraz miał zacząć lewitować poddając się sercu, które w entuzjastyczny sposób próbuje wyfrunąć z klatki piersiowej. Nad wszystkim górują ostre szczyty. A my coraz wyżej, więc coraz więcej z nich pokrytych jest śniegiem. Może to lodowiec, a może  wieczny śnieg.

02120213 0215 02160223

Dzień  chylił się ku końcowi, a przed nami jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do celu – Mestii. Niemiłosiernie głodne zatrzymałyśmy się na jakimś zakręcie, żeby skonsultować plany gastronomiczne. Na krawędzi przepaści dostrzegłyśmy dziką jabłonkę. Trzymając Basię za spodnie, postanowiłyśmy pokazać gruzińskiej głuszy, jakość polskich zdolności szabrowniczych. Już za chwile miałyśmy w rękach garść jabłek. Były kwaśne, ale to nam nie przeszkadzało, bo żołądki włączyły jakiś czas temu funkcję repeat w graniu marsza. Zjadłyśmy wszystkie. O skutkach dowiedziałyśmy się dopiero następnego dnia.

0221 0222  0218 0217  0214  0211

Wieczorem zajechałyśmy na główny plac Mestii. Ku naszemu zdziwieniu przywitał nas tłum Polaków. Wszyscy dziwili się, że kierowcami tych wielkich motocykli, które jeszcze niedawno były pchełkami na drodze z Batumi, są dziewczyny. Poczułyśmy przypływ ciepła, gdy w ich oczach dostrzegłyśmy podziw. Robili sobie z nami zdjęcia, jakbyśmy były celebrytkami.

Mestia to centrum turystyki pieszej. Zjeżdżają tu ludzie z całej Europy. Siedząc w restauracji słyszałyśmy, przebijające raz po raz z tłumu, czeski, węgierski, rosyjski, hiszpański i oczywiście polski. Wszyscy zachwycali się górami.

W całkowitej ciemności dotarłyśmy na nocleg – do Heleny. Droga dojazdowa była tak stroma, że nawet po wciśnięciu hamulców motocykle się zsuwały. Kilka karkołomnych zawrotek i dotarłyśmy do celu. Za chwilę z tarasu pokoju podziwiałyśmy panoramę miasta.

0224

Epizod 6. Zakażenie wielbłądzim rozdrażnieniem

Rozejrzałyśmy się po chałupach i polach wokół nas. Chyba coś nie gra. Kilka kolejnych minut rozmowy upewniło nas, że przed nami 30 krętych kilometrów powrotu. Z nieba zaczął lać deszcz.

Po długim i pełnym wrażeń dniu na DRZ-tach byłyśmy pełne zapału i werwy. Następnego dnia po raz pierwszy uzmysłowiłyśmy sobie, że pierwotny plan objechania Gruzji jest zbyt ambitny i może nam na wszystko zabraknąć czasu. Jak się później okazało, okoliczności spowodowały, że utwierdziłyśmy się w tym przekonaniu. To z kolei przyniosło z sobą rozczarowanie.

Wszechświat atakuje Grażę

Plan był taki, że wstajemy rano, szukamy poczty, pijemy latte, łapiemy wifi i wysyłamy zaległe maile, a potem wskakujemy z powrotem na trampki i jak najszybciej jedziemy w kierunku Tsalki, na zachód od Tbilisi. Wszystko szybko, sprawnie i bez zbędnej straty czasu.

Poszłyśmy do informacji turystycznej.
- Pocztę znajdziecie Panie na jkuhsfiuh* street i na pewno dziś jest czynna.
Pocztę znalazłyśmy po dwudziestu minutach poszukiwań i wbrew zapewnieniom przewodnika, była zamknięta. Potem udałyśmy się do restauracji “5047 m”. Dwa dni temu przekonałyśmy się, że mieli tam i wifi i cafe latte. Niestety nocna burza nie tylko pogasiła wszystkim światła, ale także uszkodziła ich sieć. Śniadania zjeść się nie udało, bo kucharz miał wolne. Zamówiłyśmy więc latte, które przy płaceniu odbiło nam się czkawką.

Rozgoryczone przeniosłyśmy się do restauracji na przeciwko. Już na wejściu kelner zapewnił, że mają wifi i kucharza, który przygotuje nam pyszną jajecznicę za jedyne 10 lari. Ucieszyłyśmy się. Zjadłyśmy jajecznicę, która podobnie jak na Ukrainie była jajkiem sadzonym, wysłałyśmy, co trzeba było wysłać i poprosiłyśmy o rachunek. Kelner przyniósł papierek z ceną i okazało się, że 10 lari to cena od osoby i trzeba było jeszcze doliczyć serwis. Mózg zaczął mi płonąć ze wściekłości, ale wizja tego, że za parę minut wskoczę na trampka i zostawię za sobą te wszystkie złe emocje budziła nadzieję.

Ech ta nadzieja…

Dopinając ekspandery wywaliłam trampka i lusterko szlag trafił. Próbując jakoś uwolnić złość warczałam na wszystkich wokół. Pierwsze kilometry drogi to kaszlnięcia i prychnięcia mojego fioletowego. Nie wiadomo czemu prychał tak, jakby nie miał benzyny, mocy, ani niczego. Basia podnosiła mnie na duchu i powtarzała – dopóki nie zgasł, dopóty jedziemy. I to była dobra rada, bo faktycznie po kilku minutach jazdy wszystkie objawy minęły.

Gnałyśmy więc w kierunku Tbilisi. Byłyśmy tam umówione ze znajomym Dato – Szotą, który zaoferował się, że pomoże nam kupić olej (zaczynało nam go brakować). Tuż przed Tbilisi zatrzymałyśmy się na tankowanie. Wpisałam nazwę ulicy w nawigację. GPS znalazł ulicę Rustaviego i aleję Rustaviego. Doszłam do wniosku, że oleju w alejach raczej nie sprzedają. Po 30 kilometrach serpentyn wylądowałyśmy przy ruderze w miejscowości Makashvili na peryferiach Tbilisi. Telefon do Szoty.
- Hej, jesteśmy, czekamy.
- OK, idę.
Za chwilę kolejny telefon.
- Dziewczyny, gdzie jesteście? Nie widzę was.
Podałam Szocie adres.
- No tak, stoję tu, ale Was nie widzę.
Każda rozmowa telefoniczna to kosmiczny wydatek. Przez kilkanaście minut próbowaliśmy ustalić, gdzie jesteśmy i jak się odnaleźć.
- Dziewczyny, a widzicie przed sobą gmach ministerstwa finansów?
Rozejrzałyśmy się po chałupach i polach wokół nas. Chyba coś nie gra. Kilka kolejnych minut rozmowy upewniło nas, że przed nami 30 krętych kilometrów powrotu. Znów zaczęłam się wściekać i wszystko odbijać sobie na Basi – akurat jest pod ręką. Z nieba zaczął lać deszcz. Godzina do zamknięcia sklepu z olejami Mobila, a za dwie i pół godziny zapadnie zmrok. Do Tsalki pozostało około 150 km.

Zmoknięte i wkurzone na siebie i cały świat dotarłyśmy do gmachu ministerstwa. Kupiłyśmy zapas oleju. Koledzy zaproponowali nocleg w Tbilisi. Złość we mnie wygrywała, bo plan był inny, ale Basia z uporem przekonywała, że deszcz, że ciemno i że to bez sensu. I miała rację.

Na poprawę humorów poszliśmy na kolację. Tradycyjna kuchnia gruzińska i liczne toasty trochę poprawiły nam humor, a muzyka złagodziła gorące, słowiańskie obyczaje.

O muriaty, o szagriaty

Śniadanie zjadłyśmy w McDonaldzie. Smakowało tak samo jak w Polsce. Za radą Dato lekko zmodyfikowałyśmy nasze plany i ruszyłyśmy w kierunku Vardzi.

0165

Góry przypominające Bieszczady, ciągnęły się od Tbilisi aż do Tsalki. Płynnie składałyśmy się w zakręty, szlifowałyśmy przeciwskręt i cieszyłyśmy się drogą. Po setnym zakręcie, tuż za Tsalką, asfalt się skończył. Po offie na DRZ-tach nasze obładowane trampki dały nam w kość. Musiałyśmy wkładać więcej wysiłku by utrzymać ślizgające się na kamieniach maszyny w równowadze. Wokół nas rozpościerały się kolorowe górskie łąki, ale droga przypominała kamienistą rzeźnię.

0166 0174 0173 0172 0169 0168 0167 0171 0170

Niestety po osiemdziesięciu kilometrach musiałyśmy przestać podziwiać krajobrazy. Kamienie, które i tak nie powodowały komfortu psychicznego, zmieniły się w błotnistą gnojówkę. Wjechałyśmy do wsi Tabatskuri, a tu, jak w całej Gruzji, królują krowy. Kilka ostrych hamowań uchroniło nas przed przelotem nad leżącą mućką lub lewitującym w popłochu stadem kur.

Wieczorem dojechałyśmy domalutkiej wśi pod Varfdzią i zaczęłyśmy szukać noclegu. Hostele okazały się się za drogie. Mogłyśmy się tego spodziewać – Vardzia to w końcu jedna z największych atrakcji turystycznych kraju. Po drodze zobaczyłyśmy szyld rekamujący jakiś hotelik i banię.

Basia zatrzymała się w bramie, a ja na pewniaka wjechałam na podwórko. Na niewielkim głazie siedziała sporych gabarytów stara kobieta z wąsami i brodą, a wokół niej mnóstwo kobiet, mężczyzn i dzieci. Wszyscy urody romskiej. Psy ujadając ruszyły mi na spotkanie, ale jedno donośne słowo kobiety z zarostem sprawiło, że podkuliły ogony i uciekły. Podeszłam do zgromadzenia i spytałam o możliwość noclegu. W tym samym czasie z bani zaczął się wylewać tłum topielic topielców. Wszyscy z zaciekawieniem patrzyli na mnie i na mój motocykl. Kilka pytań starszej pani i propozycja cenowa. Całe szczęście niezbyt kusząca, bo miałabym duże problemy, żeby nakłonić Basię na nocleg w tym cygańskim taborze. Podziękowałam grzecznie i zawróciłam do motocykla. Wąsata pani pokrzykiwała jeszcze coś w moim kierunku, ale udałam, że w kasku nic nie słyszę. Szybko odjechałyśmy. Tłum wokół rechotał.

Gościnność po gruzińsku

Wreszcie dostrzegłyśmy podwórko z ogrodem i zapytałyśmy siedzącego na ławce staruszka o możliwość rozstawienia namiotu. Zgodził się. Zaciekawiony rykiem silników wybiegł z domu mały chłopiec, który bardziej niż motocyklami, zainteresował się szczęśliwym koniem Basi podróżującym z nią na sakwach.

Wyciągnęłyśmy namiot. Zabierałyśmy się do jego rozkładania, gdy podeszła do nas kobieta w średnim wieku i mówi, że żadnych namiotów rozstawiać nie będziemy. Chwila konsternacji i napięcia. Po chwili wszystko stało się jasne – żadnych namiotów, bo śpimy w domu. Gospodyni, jak się okazało córka staruszka, zaprosiła nas do środka. Ze starszą siostrą przygotowały nam pokój i kolację. Do domu przybył mąż gospodyni i wszyscy zasiedliśmy do kolacji suto zakrapianej czaczą (a dla niechętnych winem).

Wspaniała, rodzinna atmosfera. Rozmawialiśmy o wszystkim – polityce, obyczajach, rodzinie, podróżach, bezrobociu, a każdy temat zaczynał się i kończył kwiecistym toastem, wygłaszanym kolejno przez każdego z nas. Malec nie wypuszczał z rąk konika i widelca, dziadek z rozżewnieniem wspominał dawne lata i narzekał na prezydenta Saakaszwilego, a my nie mogłyśmy się nadziwić gruzińskiej gościnności. Czułyśmy, że jesteśmy tu mile widziane i że nasza wizyta sprawiła przyjemność gospodarzom. Wreszcie wieczerza się skończyła, podziekowałyśmy za wspólny posiłek i rozmowy. Poszłyśmy do pokoju, umyłyśmy się i marzyłyśmy już tylko o pójściu spać. Położyłyśmy się w łóżkach i poczułyśmy się jak księżniczki. Okazało się, że zasypiamy na kilku puchowych kołdrach przykryte kolejną pierzyną.

0176 0175

Następnego ranka dokonałyśmy praktycznej obserwacji organoleptycznej – domowa czacza nie powoduje bólu głowy.

Wspólnie z naszymi dobrodziejami zjadłyśmy śniadania, po którym gospodarze zaproponowali pięćdziesiątkę czaczy na rozgrzewkę. Dostałyśmy suchy i mokry procentami nasycony prowiant na drogę, a w zamian Basia zostawiła chłopczykowi konika.

* nazwy ulicy niestety nie pamiętam, ale brzmiała właśnie jakoś tak i pachniała makaronem.

(by Graża)

Epizod 5. Kac Kaukas

Tańce na stołach, głośna muzyka i toasty za przyjaźń polsko-gruzińską skończyły się porannym bólem głowy. Po chwili dotarło do nas – przecież dziś mamy przeżyć kolejną przygodę życia! Zdrapałyśmy lód z kanap wypożyczonych DRZ-tek. Z trudem powstrzymując drżenie nóg, ruszyłyśmy na całodzienną przejażdżkę po górach.

Dowiedziałyśmy się, że jedyna słuszna trasa z Kvareli do Stepantsmindy (Kazbegi) wiedzie przez Tblisi, a ta, którą sobie wcześniej wyznaczyłyśmy, przez Akhmetę jest obecnie nieprzejezdna. Postanowiłyśmy, że musimy sprawdzić stopień tej nieprzejezdności.

Pranie w adrenalinie

Na początku trasa nas rozpieszczała. Jadąc przyjemnym, wąskim asfaltem, podziwiałyśmy wieżę zamkową i kościół w Gremi – siedemnastowiecznej stolicy Kachetii. Z żalem pożegnałyśmy dolinę Alazani. Gdzieś w okolicach Akhmety asfalt się skończył, a trampki zaczęły nieść nas serpentynami w górę, w pasmo Karteli. Zakręty sto osiemdziesiąt stopni, kurz i głębokie koleiny nie odstraszają lokalnej ludności, więc co jakiś czas mijałyśmy terenowe auta. Pozdrawialiśmy się wzajemnie. Oni do nas machali, my do nich trąbiłyśmy. Puszczać kierownicy nie chciałyśmy, nie zachęcały do tego przepaści.

0097  0082

0085 0089 0094

Jadąc po zakurzonych szutrach przypomniałyśmy sobie, że na sakwach suszy się wczorajsze pranie. Wyobraziłyśmy sobie jego stan, przedyskutowałyśmy, czy opłaca się je chować i zgodnie uznałyśmy, że będzie trzeba operację prania powtórzyć. Pozbywając się zmartwienia, pojechałyśmy dalej. O zmierzchu dotarłyśmy do Kazbegi – bazy turystyki górskiej.

Na kaca najlepsza…

W bazie czekał offowy przewodnik Dato. Poznaliśmy się dzięki Herniemu, który był wcześniej w Gruzji i opowiadał nam o miłym przyjęciu, jakie zgotowali mu gruzińscy koledzy. Nie zdziwiło nas to, że Dato dobrze pamięta tę upojna noc. Niestety nie chciał się wdawać w szczegóły, więc żadnych ciekawych ploteczek nie poznałyśmy. Odstawiłyśmy motocykle do Grigorija, u którego zarezerwowałyśmy wcześniej nocleg i poszłyśmy się bratać z lokalesami. Trafiłyśmy na huczną imprezę urodzinową do Shako – zwariowanego sheepmana (właściciela 3000 owiec) i współwłaściciela knajpy o nazwie 5047 m.

0100

IMG_0668

0309 0103

Tańce na stołach, głośna muzyka i toasty za przyjaźń polsko-gruzińską skończyły się porannym bólem głowy. Wstawanie nie należało do przyjemnych, ale w przypływie świadomości zdałyśmy sobie sprawę, że przecież dziś mamy przeżyć kolejną przygodę życia! Caucasus enduro – nadchodzimy!!! Zdrapałyśmy lód z kanap wypożyczonych DRZ-tek. Noce na wysokości tysiąca siedmiuset metrów są dość zimne. Z trudem powstrzymując drżenie nóg, ruszyłyśmy na całodzienną górską przejażdżkę.

Znałyśmy swoje ograniczenia i umiejętności, więc trasa przejazdu została wcześniej ustalona na light enduro z opcją zmiany na medium enduro, jeśli prowadzący uznałby, że jesteśmy skromnymi dziewczynami i nie dość ambitnie podeszłyśmy do tematu. Po pierwszym hardcorowym etapie dowiedziałyśmy się, że to był ten light, więc ubłagałyśmy Dato, żeby pod żadnym pozorem nie zjeżdżał na trasę medium.

0110 0111

Śledząc prezydenta

Zaczęło się od wspinaczki na wysokość 2170 m n.p.m. do Cminda Sameba. Pogodna niedziela spowodowała, że razem z nami wspinało się sporo turystów – pieszo i z pomocą koni mechanicznych. Długa droga zakosami na szczyt i wreszcie otwarta przestrzeń. Piękna polana, a na jej szczycie zabytkowy monastyr. Rano odwiedził to miejsce Micheil Saakaszwili. Ale nie pieszo, ani na motocyklu – przyleciał helikopterem. Wszystko w ramach kampanii przedwyborczej. Zamiast całować ziemię, po której stąpał prezydent, zdecydowałyśmy się na leniwe podziwianie jednego z najbardziej znanych gruzińskich widoków – monastyru Cminda Sameba na tle ośnieżonego Kazbegu.

01040116  0113 0112

Kolejny etap to Zielona Dolina Sno i Village Juta. Robiło się coraz stromiej i coraz trudniej. Wielkie, jak końskie łby kamienie i mikroskopijne ścieżki sprawiały, że prędkość jazdy spadała w odwrotnych proporcjach do poszerzającego się banana na twarzy. Kilka nic nie znaczących gleb i odmawiające posłuszeństwa rozruszniki krosiaków także nie psuły humoru. Każdy postój dało się rozpoznać przez salwy radosnego śmiechu. Właśnie przekraczałyśmy granice swoich możliwości i wskakiwałyśmy o dwa punkty wyżej na skali swoich umiejętności. Mijający nas piesi turyści, powodowali wprawdzie, że czułyśmy się jak świętokradcy naruszający głośnymi, spalinowymi maszynami dziewicze, rześkie i ciche sanktuarium przyrody. Wtedy jedynym słusznym posunięciem było udawanie, że coś nam się w motocyklach popsuło, że nas tu w ogóle nie ma. W głowach snułyśmy jednocześnie plany, jak tu ściągnąć naszych transalpklubowych przyjaciół. W Polsce nie ma tak pięknych, różnorodnych i wolnych od strażników terenów do jazdy motocyklem.

0120 0119  0125  0123 0122

0146 0145 0143  0141 0140   0137 0136   0133 0132 0131 0130 0129 0128 0127 0126

Z doliny Sno w zawrotnym tempie teleportowałyśmy się do Czerwonej Doliny (Tsitlovana). Wśród kopek siana znalazłyśmy niewielką, lecz stromą górkę i, niczym ganiające za swoim ogonem szczeniaki, powtarzałyśmy w kółko – zjazd, wjazd, zjazd, wjazd. Na koniec usiadłyśmy na krawędzi przepaści i podziwiałyśmy otaczające nas widoki.

0158 0157  0155 0154   0151

0121

W głowach obie miałyśmy te same myśli i uczucia – z jednej strony duma i zadowolenie, a z drugiej niedosyt. Miejscami trasa była tak szybka, że brakowało mocy w silnikach, a miejscami tak trudna, że potrzebowałyśmy dwóch godzin, by się wydostać z położonej wysoko ścieżki pełnej głazów i rozpadlin. Chwilami łzy bólu i rezygnacji spływały nam po policzkach i myślałyśmy, że jeśli jeszcze raz krosiak zgaśnie lub jeśli zaliczymy jeszcze jedną glebę, to rzucimy to wszystko w diabły i wrócimy do domu piechotą. Ale w takich chwilach wścieklaki nie zawodziły. Pruły ostro do przodu i nie ulegały najtrudniejszym nawet przeszkodom. Same nie wiemy do końca, jak to się stało, że dałyśmy radę. Było ciężko, ale postanowiłyśmy, że jeszcze tu wrócimy, bo do objechania pozostało setki kilometrów kaukaskich bezdroży.

Wielbłądzie rozterki

W drodze powrotnej do Kazbegi ujrzałyśmy niecodzienny widok. Nie mogłyśmy się nie zatrzymać. Oto przed nami lokalne indywiduum – mieszkający w szałasie, mówiący płynną angielszczyzną człowiek, wyglądający jak ktoś między trampem a nomadą. Jak się okazało jest Szwajcarem, który wędruje z psem i … wielbłądem, a właściwie z wielbłądzicą. Ta najpierw próbowała zjeść moją głowę, a potem odgryźć rękę Basi. Zajmując wreszcie bezpieczną pozycję z dala od wielbłądzich siekaczy, wysłuchałyśmy wielbłądzich opowieści. Ta parzystokopytna samica była mocno rozdrażniona, gdyż niedawno straciła męża. Wkrótce ten niezwykły tabor miał ruszyć w drogę, by kupić wielbłądzicy nowego ukochanego. Miałoby to ją uszczęśliwić i sprawić, że nie gryzłaby gości. Takie rozwiązanie wydało nam się niezwykle praktyczne. Kupić męża i nie gryźć gości.

0160 0159 0161

Pełen niezapomnianych wrażeń dzień skończył się w kwaterze u Georgija w Kazbegi. Tego wieczoru nie poszłyśmy do cafe 5047 m, bo w głowach ryczały silniki DRZ-tek.

0150+0105

0117

Lady K – satysfakcja gwarantowana

Kilka dni temu oglądałam piękny film o wytrwałości i obronie własnych przekonań. Jeden z wątków opowiadał o tym, jak właścicielka wspaniałego wierzchowca o imieniu Sekretariat sprzedawała akcje z opcją gwarancji sukcesu. Nie wiem czy takie pojęcie istnieje w gospodarce, ale pomyślałam sobie, że to bardzo odpowiedzialna postawa. Sprzedaję i zobowiązuję się, że osoba, która mi zaufała i kupiła mój produkt odniesie sukces. Gdyby to było takie łatwe. Pewnie każdy z nas kupił kiedyś książkę o diecie, myśląc, że zapewni nam ona gwarancję sukcesu. Wielu wybrało się na jazdy doszkalające na torze w nadziei, że już za kilka godzin staniemy się Rossim lub chociaż Yubym.

Secretariat_Preakness

Choć to przykre i okrutne, to musimy zapracować na swój sukces. Nie ma żadnej gwarancji, że się uda. Co więcej mój sukces może być porażką dla innego człowieka.

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby (nawet gdyby to był Sekretariat), ale my mamy na ten temat inne zdanie i dzielimy się naszymi subiektywnymi opiniami na temat odzieży motocyklowej Kim Lady, deszczówek Xeric, rękawic Gobi Traveller oraz tankbagów Travelstar, które na wyprawę do Gruzji ufundowała Modeka.

logo Modeka

Gdy ciuchy do nas dotarły, to nie posiadałyśmy się ze szczęścia. Przymierzyłyśmy wszystko i zadowolone wskoczyłyśmy na nasze trampki by się trochę polansować. Kurtki świetnie wyprofilowane, spodnie całkiem seksi, deszczówki super odblaskowe, rękawice przewiewne, a tankbag pakowny. Naprawdę czaaad.

0285 0286 0113 0068

A gdy emocje opadły zaczęłyśmy się przyglądać temu koniowi bardziej krytycznie. Oto rezultaty:

modeka-KimLady modeka-Travelstar modeka-Traveller modeka-Xeric

Wiadomo – to nasze subiektywne opinie. Dla jednego trzy kieszenie to za dużo, a inni pewnie doszyliby sobie jeszcze ze dwie. Ile głów, tyle opinii. Dla nas Modeka to gwarancja sukcesu :D

Największy plus dostaje od nas komplet odzieży Kim Lady za wentylację (naprawdę dało się jeździć w upale) oraz za kobiecy fason!

Największy minus dla spodni przeciwdeszczowych Xeric dość szybko puściły wodę (na szczęście to podlega reklamacji, więc pamiętajcie – nie wyrzucajcie paragonów!).

Modeka pilnie słucha uwag od użytkowników. Już za rok będą w ofercie deszczówki dedykowane specjalnie dla kobiet! A żeby było cieplej i wygodniej dołożono suwak wewnątrz membrany. Teraz nic już nie powinno się podwijać i marszczyć. Warto się rozglądać za nowymi modelami.

Gdy nasza odzież wróci z reklamacji podzielimy się opiniami.

Serdecznie dziękujemy firmie Modeka za olbrzymi wkład w wyprawę One Temu Winne.

Epizod 4. Mnisi na pustyni

Odczytałam to jako reprymendę i karnie spuściłam wzrok. Okazało się, że nie jesteśmy tu same, a mój lekkomyślny czyn przerwał kontemplację zamieszkujących tu mnichów i ustawił nas w pozycji intruzów

Niechętnie pożegnałyśmy załogę Tbilvino i ruszyłyśmy dalej. Trzy tysiące kilometrów, które miałyśmy za sobą dodały nam odwagi. Zdecydowałyśmy się na pierwszego offa. Na mapie wykreśliłyśmy trasę możliwie najmniej uczęszczanymi i najbardziej dzikimi drogami.

Pierwsze 15 kilometrów, z Kvareli do Gavazi, to wspaniałe szutry. Droga wiodła nas wzdłuż szerokiego rowu melioracyjnego. Prułyśmy z ponadświetlną prędkością powodującą drżenie serc, czyli jakieś 50 kilometrów na godzinę. W pewnym momencie droga lekko skręciła i zawiodła nas w koryto rzeki. Wyglądało to na dziki, rwący potok, w którym mogłybyśmy zwodować Trampiszony. Szczęśliwie we wrześniu panuje tu pora sucha i zamiast przez Bug przeprawiałyśmy się przez Zagożdżonkę o szerokości przeciętnej strugi sedesowej.

Większość rzek gruzińskich o tej porze wygląda jak kopalnia kamieni. Na środku stoją koparki i ciężarówki, które wydobywają jasny kanciasty kamień i wywożą go gdzieś w nieznane. Na kępkach trawy, które gdzieniegdzie wyrastają spośród kamieni, pasą się krowy. Sama rzeka, to kilkunastocentymetrowy ciek. Taki obrót sprawy niezwykle nas ucieszył – już na pierwszym offie zaliczyłyśmy: zjazd ze stromej górki, przejazd przez rzekę, podjazd pod stromą górkę oraz jazdę po ostrych kamieniach. Cokolwiek by się działo w dalszej części naszej podróży, to off odhaczony, a i ewentualne oczy strachu już nie będą takie wielkie.DSC_0086

0055  0053

Kolejnym punktem podróży było Sighnaghli. Miasto słynie z bycia jednym z mniejszych, pewnie dlatego łatwo tu o turystyczny podbój. Stragany z pamiątkami made in China. Marketing mocno bezpośredni w wykonaniu właścicieli miejsc noclegowych. Zawodowi wyłudzacze pieniędzy. Trzeba słono płacić nawet za oglądanie panoramy miasta.

Gdybyśmy przyjechały tu poza sezonem, to być może miasteczko okazałoby się urokliwym, pełnym magnetyzmu i tajemniczości średniowiecznym Kiziqi. Tym razem jednak uciekłyśmy z niego bez zrozumienia dla dagestańczyków, którzy w okolicach drugiej połowy XVIII wieku próbowali zdobywać miasto. Jedynie widok z położonej na prawie 800 m n.p.m. wieży obronnej przełamał naszą niechęć do tego miejsca. Dolina Alazańska zachwyciła nas nie po raz pierwszy. I zrozumiałyśmy dlaczego Sighnaghli nazywane jest miastem zakochanych. Tak, tu można się zakochać po uszy.

0062 0061 0059

Głód dorwał nas w drodze do kolejnego punktu na mapie i zapędził nas do pewnej małej mieściny. Znalazłyśmy piekarenkę z fantastycznie wyglądającymi chlebkami. Weszłam do środka i poprosiłam o jeden.
- Jeden? – zdziwili się piekarze.
No proszę. Po raz kolejny nie udało się wtopić w lokalną społeczność, a moja prośba okazała się być równoznaczna z obwieszczeniem: nie jestem stąd. Wniosek? Autochtoni jedzą dużo chleba i kupują go workami. A ja wyróżniłam się chcąc jeden bochenek. Umorusany w mące piekarz wybrał najpiękniejszy bochen i wręczył mi go z uśmiechem. O zapłacie nie było mowy. Wielokrotnie w czasie podróży po Gruzji przekonałyśmy się, że właściciele małych sklepików nie żądali zapłaty za drobne zakupy. Na początku nas to krępowało, ale z czasem nauczyłyśmy się przyjmować te małe prezenty – chleb, wodę czy ser i dziękować uśmiechem.

Pod sklepem spotkaliśmy kolejnego V-Stroma. Tym razem para motocyklistów z Polski. Miło było usłyszeć “cześć” i powiedzieć “szerokości” w ojczystym języku.

IMG_0128

David Garedżia – świątynia na końcu świata

Późnym popołudniem wjechałyśmy na wielokilometrowe szutry wiodące do klasztorów w David Garedża. Zaskoczył nas księżycowy krajobraz. Kolory zmieniały się jak w kalejdoskopie – zielony, bordowy, żółty. Jeszcze przed chwilą podziwiałyśmy soczyste winnice, a teraz otaczała nas spalona słońcem półpustynia. Zatrzymałyśmy się nad słonym jeziorem i obserwowałyśmy kołujące nad nim latające drapieżniki. Dobrze, że miałyśmy kaski, bo być może upolowałyby i nas.

0080 0075 0073 0071 0070 0069 0068 0067 0066 0065 0064

Do klasztoru dotarłyśmy o zachodzie słońca. Część kompleksu jest dostępna dla turystów, choć przyjechałyśmy tu za późno, by obejrzeć wykute w skałach pokoje, barwne freski i długie korytarze. Ale i z zewnątrz budowle zrobiły odpowiednie wrażenie. Rozsiadłyśmy się wygodnie i napawałyśmy widokiem półtora tysiącletnich skał, w których wykuto monastyry. Cisza i spokój. Moją uwagę przykuł nieduży dzwon wiszący na drzewie. Podniosłam się, zaczęłam przechadzać wzdłuż skał i, bezwiednie jak dziecko, poruszyłam dzwonkiem, by jeszcze mocniej poczuć klimat miejsca. Zza drzwi niedaleko wychylił się mnich. I powiedział coś dość surowym tonem. Odczytałam to jako reprymendę i karnie spuściłam wzrok. Okazało się, że nie jesteśmy tu same, a mój lekkomyślny czyn przerwał kontemplację zamieszkujących tu mnichów i ustawił nas w pozycji intruzów.

Oglądając monastyry wpadłyśmy w dziwny trans. Wyrwał nas z niego dźwięk dzwonów nawołujących do wieczornej modlitwy i mnich dyżurujący w sklepiku z pamiątkami. Nie zauważyłyśmy, że zapadł zmierzch. A przed nami jeszcze 150 kilometrów. Choć jechałyśmy najszybciej jak się dało, to noc zaskoczyła nas w połowie drogi. Trzeba było się ubrać, bo zimny wiatr dawał nam się we znaki.

0078 0056 0077 0076

Zatrzymałyśmy się na parkingu pełnym kamazów z arbuzami. Arbuzy, podobnie jak winogrona, sprzedają tu na kamazy. Zaciekawieni handlarze podchodzili do nas i częstowali tak soczystymi i słodkimi kawonami, że nie mogłyśmy się od nich oderwać. Co chwila podchodził ktoś nowy i podtykał owoc ze swojego pola, sugerując, że jego jest najsmaczniejszy. Nasze polskie podniebienia nie są zbyt wysublimowane, więc nie czułyśmy żadnej różnicy między arbuzem z pola Gieorgija, a tym z ogrodu Iraklija, ale wszystkie były przepyszne. Szybko zaspokoiłyśmy głód i pragnienie. A gdy nasi darczyńcy dowiedzieli się już wszystkiego o naszej podróży i osiągach naszych motocykli, podjęli pierwszą w trakcie naszej wyprawy próbę oświadczyn. Na zachętę wręczyli nam wielkiego zielonego kawona. Udało nam się ich przekonać, że w naszym bagażu nie ma miejsca nawet na lakier do paznokci, a tym bardziej na kilkukilogramowego arbuza. Wywinięcie się z ożenku było trudniejsze, tym bardziej, że plantatorzy byli nie tylko mili (komplementowali nas po gruzińsku, a jak wiadomo język ten przypomina brzmieniem gwałtowną kłótnię dwóch super macho), hojni (co dało się odczuć przez nieznośny nacisk na pęcherz po zjedzeniu pysznych arbuzów), ale także urodziwi (w tej części Gruzji mężczyźni to wielkie jak dąb chłopy z czarną czupryną i ciemna karnacją).

Po kilku minutach pomachałyśmy chłopakom na pożegnanie. I choć było ciemno i miałyśmy przed sobą jeszcze spory kawałek, to i tak musiałyśmy się kilka razy zatrzymywać by nie zbezcześcić naszych barankowych kanap.

0079 0051 0084 0050 0052 0054

koniec części czwartej

(by Graża)