Epizod 9. Pożegnanie z Gruzją

– Grażyna i Basia? – zapytał przystojny Gruziń w mundurze celnika. – Czekaliśmy na was.
Przed oczami stanęły mi wszystkie wypite wczoraj lampki wina, a wspomnienie przygód z rosyjską poilicją wywołało gęsią skórkę.

Droga do Kutaisi. Serpentyny za serpentynami. Podczas weekendowego wypadu po Polsce takie zakrętasy to nie lada atrakcja. Jednak po kilku dniach w Gruzji serpentyny już nie robiły na nas wrażenia, wydały się wręcz mdłe. A góry robiły się coraz niższe, co sugerowało rychły koniec pobytu w Gruzji.

Narzeczone po raz trzeci

Uciekając przed upałem schroniłyśmy się w jaskini Prometeusza u stóp Kaukazu. Powitał nas jej przyjemny chłód. Fantastyczne, podświetlone na kolorowo formy skalne sprawiły, że podczas niespełna półtora kilometrowego spaceru przeniosłyśmy się do baśniowej rzeczywistości. Z cudownego transu wyrwał nas i sprowadził na ziemię niezbyt urodziwy przewodnik, próbujący namówić nas na małżeństwo. Szczęśliwie okazało się, że bycie kobietą po trzydziestce ma swoje plusy. Dowiedziawszy się, że trzeci krzyżyk na plecy już nam dawno wskoczył, przewodnik znacząco ograniczył swoje umizgi. Sprawę ostatecznie rozwiązała oburzająca, wyemancypowana odmowa podwózki na parking.

0287 0288 0289 0290 0291 0292

W końcu głodne dojechałyśmy do Kutaisi. To miasto ma ponad 2000 tysiące lat, ale trzy tygodniowy pobyt poza domem sprawiał, że nam nie kojarzyło się z historią, tylko z… Zjadłyśmy trzysta siedemdziesiąte szóste chaczapuri w klimatyzowanej restauracji typu “Kormoran” i ruszyłyśmy zaopatrzyć się w gruzińskie pamiątki. Czas naglił. Za dwa dni miało już nas tu nie być, a w zakurzonych kufrach nie było żadnych suwenirów dla bliskich.

Poszukiwane stragany z pamiątkami i rękodziełem okazały się bazarkiem z badziewiem made in China. Takie pamiątki mogłyśmy kupić na stadionie X-lecia. Przypomniałyśmy sobie jednak, że stadion wygląda już nieco inaczej i z pakietem gruzińskich magnesów, zestawem podrdzewiałych cążek do paznokci i nakrętkami do słoików wyjechałyśmy z miasta.

0294

W ławicy mercedesów

Ruch na największej drodze w tym państwie był ogromny. E-60 to jednopasmówka z poboczem – na to wskazywały znaki poziome. Jako że potrzeba jest matką wynalazku, lokalni kierowcy zrobili z jednopasmówki ciąsną, ale funkcjonującą, cztero czy nawet pięciopasmówkę. Na naszej drodze znów pojawiły się ciężarówy, które sapiąc i trzeszcząc osiągały zawrotną prędkość 20 km/godz. Pod górę wjeżdżały z mozołem. Zjeżdżając były źródłem smrodu palonych hamulców. Między nimi, jak spłoszona ławica śledzi, pomykały marsztutki i mercedesy. Na malutkich trampkach rzadko podejmowałyśmy decyzję o wyprzedzaniu. W Polsce nie miałybyśmy z tym problemów, ale zważywszy na to, że w całej Gruzji jeździ 57 motocykli, pomyślałyśmy, że kierowcy aut mogą nas nie dostrzec.

Znów zaczął doskwierać upał. Zjechałyśmy na lody do baru. A tam starzy znajomi – (za)jawkowi Litwini. Przybiłyśmy piątkę i ruszyłyśmy dalej. Pod wieczór zrobiło się chłodniej, ale na drodze wciąż panował ogromny tłok. Zmęczone zjechałyśmy do hotelu.

Obudziłyśmy się rano z niepokojem. Zaczynało brakować czasu. Sprawdziłyśmy pogodę i zaczęłyśmy mentalne przygotowania do powrotu w deszczu i zimnie. Tęsknota była doskonałym motywatorem – chciałyśmy dotrzeć do Polski na zlot trampkowy w Olzie. Szybka rozmowa i plany, by zwiedzić Tbilisi w drodze powrotnej, przełożyłyśmy na 2017 rok.

Imprezka w papuciach

Zahaczając o jakiś monastyr, bankomat, który nie chciał współpracować i skacowanego Gruzina, po południu dojechałyśmy do Kazbegi. Czułyśmy się tu jak u siebie. Usiadłyśmy na tarasie Cafe 5047 m. Wyluzowane zaczęłyśmy rozmawiałyśmy z turystami, którzy dopiero rozpoczynali swą wędrówkę. Opowiadałyśmy im o swoich wrażeniach, napawając się zachwytem polskich turystów. Szwajcarski motocyklista opowiedział nam o swoich problemach z bmw 1200 i o tym jak utknął w tym kraju z powodu usterki motocykla. Okazało się, że części zamienne musiał ściągać ze swojego kraju, bo żaden gruziński przedstawiciel BMW nie handlował motocyklami.

0295 0298  0300

0301   0304 0308 0309

Na noc zatrzymałyśmy się u wcześniej poznanego Grigorija, który pojechał do stolicy i zostawił nam cały dom. Ostatnia noc w Gruzji, chciałyśmy zaszaleć. Wyciągnęłyśmy z dna sakw turystyczny zestaw do make-upu i zestaw ciuchów jak z planu “American Hustle”. Gotowe do wyjścia zobaczyłyśmy wjeżdżającego na podwórze Dato. Przytaszczył torby z zakupami i jakieś baniaki wypełnione cieczą. Namówił nas na domówkę. Trochę tradycyjnych potraw, 4 litry wina i 3 litry czaczy – nasza ostatnia uczta. Okazało się jednak, że ostatni wieczór był jak typowa noc sylwestrowa. Mnóstwo przygotowań i oczekiwań, a wyszła spokojna posiadówka. Koło północy poszłam spać.

Specjalne traktowanie

Na pewno znacie to uczucie. Smutek, czasem rozdrażnienie związane z kończącą się przygodą. Ostatnie gruzińskie kilometry, piękne widoki i uśmiechnięte twarze. Mijałyśmy je z nostalgicznym poczuciem, że wraz z przejazdem przez granicę skończy się nasza gruzińska przygoda, którą żyłyśmy przez ostatni rok. Żegnamy przystojnych policjantów, rodzinę spod skalnego miasta, chaczapuri, gościnnych ludzi, którzy serwowali nam tutejsze przysmaki, zakonnika z monastyru, Litwinów na jawkach.

0312     0306 0305 0304 0303 0302

Podjechałyśmy na przejście graniczne. Podszedł do nas przystojny Gruzin w mundurze. Zapytał:
– Grażyna i Basia? Czekaliśmy na was.
Przed oczami stanęły mi wszystkie wypite wczoraj lampki wina, a wspomnienie przygód z rosyjską poilicją wywołało gęsią skórkę.
– Macie pozdrowienia od Dato i Szoty. Kazali was pożegnać i bezpiecznie odprawić. Szerokiej drogi.
Z łezką w oku wjechałyśmy do Rosji.

0318 0319 0321

Rosyjskie MC

Vitalija zwanego Kotem spotkałyśmy jakieś 300 kilometrów od Rostova. Popsuł mu się Piaggio i musiał wracać na Białoruś. Zaprosił nas na nocleg u kolegów motocyklistów w Rostovie. Późną nocą dotarliśmy na miejsce. Koledzy, którzy okazali się być lokalnym motocyklowym MC Rostov, zgotowali nam iście królewskie przywitanie. Pozwolili się rogościć, a potem z uwagą słuchali naszych opowieści, pstrykając na zmianę fotki naszym trampkom. Po kolacji skierowałyśmy się ku kanapie mocno nadgryzionej zębem czasu. Basia, kładąc się, nagle zastygła w bezruchu. Z kamienną twarzą, spokojnym głosem rzekła:
– Graża, właśnie obok twojego łóżka przebiegł szczur wielkości konia.
Podniosłam się, rozejrzałam wokół. Okazało się, że zwiał dziurą do piwnicy, więc nie mieliśmy szansy poznać się bliżej. Zmęczenie było silniejsze od obaw przed legendarnym gryzoniem.

0322 DSCF2690

0323 0324 0325 0326

Home, sweet home

Następnego dnia Kot swoim Piaggio odprowadził nas za Rostov i odbił na Białoruś. Zgodnie z prognozami zaczęło padać i zrobiło się zimno. Rozsądek podpowiadał by zwolnić, ale tęsknota pchała nas do domu. Ukraina przywitała poziomo padającym deszczem i 10 stopniowym chłodem. Mimo to zrobiłyśmy męczące 800 kilometrów, by jak najszybciej dotrzeć do Polski. To było świetne uczucie, kiedy dojeżdzając do przejścia w Korczowej, chmury się rozstąpiły i przywitało nas słońce. Pierwszy posiłek inny niż nieśmiertelne chaczapuri. Przydrożny bar, żurek i schabowy.

Wiedziałyśmy już, że sporo osób czeka na nas na zlocie Transalp Clubu. Gnając na łeb na szyję, z przećwiczoną na gruzińskich szutrach nawigacją, zgubiłyśmy się dwa razy na polskich autostradach. W końcu 20 września, trochę przed północą dotarłyśmy na zlot do Olzy. Witano nas chlebem i solą, kwiatami i szampanem. Czułyśmy się lepiej niż Cate Blanchett i Sandra Bullock na rozdaniu Oskarów. Wyciągnęłam z sakwy skitraną przed celnikami czaczę domowej roboty. Moja głowa (i wątroba) była już przyzwyczajona do tego napitku, ale okazało się, że klubowi koledzy odlecieli po dwóch głebszych. Z rumieńcami na twarzach opowiadałyśmy swoje przygody, jednocześnie ciesząc się, że jesteśmy w domu.

0327 IMG_0819

***

Wyprawa do Gruzji nie była taką, jaką sobie wyobrażałam. Miałam co dzień próbować wina z tubylcami i choć na chwilę stać się częścią ich życia. Miałam mieć odwagę, by wchodzić do domów, odwiedzać prywatne muzea win, zatrzymywać się tam, gdzie zobaczę coś ciekawego. W rzeczywistości okazało się, że większość czasu spędziłyśmy w drodze. Pozostawiłyśmy za sobą wiele nieodkrytych miejsc, jak choćby skład starych samochodów na Drodze Wojennej.

Udało się natomiast poznać Gruzję jako kraj różnorodny, barwny, w którym krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Połączenie widoków, niezwykłej gościnności Gruzinów z nie do końca cywilizowaną infrastrukturą drogową powoduje, że to miejsce wymarzone dla motocyklistów i poszukiwaczy przygód.

Wymyślona pół roku wcześniej przy winie wyprawa stała się przygodą życia. Czy tu wrócimy? Gruzja skradła kawałek naszych serc. Basia już tam wróciła by szlifować jazdę na DRZ-cie, galopować po szlakach Kaukazu i cieszyć się zawartą przyjaźnią. Ja wrócę do Swanetii ze swoim mężczyzną, by pokazać mu najpiękniejsze miejsce na świecie i poszaleć z nim po bezdrożach, których może nie ma na mapie, ale są w głowach gruzińskich przewodników.

KONIEC

DSC_0682+

(By Graża)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s