25 klatek na sekundę, czyli trampkiami przez Gruzję

500 minut materiału, 13976 minut renderowania, miesiące kombinowania i decydowania…. i oto jest! Pierwsza, ale (mamy nadzieję) nie ostatnia filmowa relacja z naszej wielkiej wyprawy do Gruzji.

 

/by Graża/

 

Reklamy

Epizod 9. Pożegnanie z Gruzją

– Grażyna i Basia? – zapytał przystojny Gruziń w mundurze celnika. – Czekaliśmy na was.
Przed oczami stanęły mi wszystkie wypite wczoraj lampki wina, a wspomnienie przygód z rosyjską poilicją wywołało gęsią skórkę.

Droga do Kutaisi. Serpentyny za serpentynami. Podczas weekendowego wypadu po Polsce takie zakrętasy to nie lada atrakcja. Jednak po kilku dniach w Gruzji serpentyny już nie robiły na nas wrażenia, wydały się wręcz mdłe. A góry robiły się coraz niższe, co sugerowało rychły koniec pobytu w Gruzji.

Narzeczone po raz trzeci

Uciekając przed upałem schroniłyśmy się w jaskini Prometeusza u stóp Kaukazu. Powitał nas jej przyjemny chłód. Fantastyczne, podświetlone na kolorowo formy skalne sprawiły, że podczas niespełna półtora kilometrowego spaceru przeniosłyśmy się do baśniowej rzeczywistości. Z cudownego transu wyrwał nas i sprowadził na ziemię niezbyt urodziwy przewodnik, próbujący namówić nas na małżeństwo. Szczęśliwie okazało się, że bycie kobietą po trzydziestce ma swoje plusy. Dowiedziawszy się, że trzeci krzyżyk na plecy już nam dawno wskoczył, przewodnik znacząco ograniczył swoje umizgi. Sprawę ostatecznie rozwiązała oburzająca, wyemancypowana odmowa podwózki na parking.

0287 0288 0289 0290 0291 0292

W końcu głodne dojechałyśmy do Kutaisi. To miasto ma ponad 2000 tysiące lat, ale trzy tygodniowy pobyt poza domem sprawiał, że nam nie kojarzyło się z historią, tylko z… Zjadłyśmy trzysta siedemdziesiąte szóste chaczapuri w klimatyzowanej restauracji typu “Kormoran” i ruszyłyśmy zaopatrzyć się w gruzińskie pamiątki. Czas naglił. Za dwa dni miało już nas tu nie być, a w zakurzonych kufrach nie było żadnych suwenirów dla bliskich.

Poszukiwane stragany z pamiątkami i rękodziełem okazały się bazarkiem z badziewiem made in China. Takie pamiątki mogłyśmy kupić na stadionie X-lecia. Przypomniałyśmy sobie jednak, że stadion wygląda już nieco inaczej i z pakietem gruzińskich magnesów, zestawem podrdzewiałych cążek do paznokci i nakrętkami do słoików wyjechałyśmy z miasta.

0294

W ławicy mercedesów

Ruch na największej drodze w tym państwie był ogromny. E-60 to jednopasmówka z poboczem – na to wskazywały znaki poziome. Jako że potrzeba jest matką wynalazku, lokalni kierowcy zrobili z jednopasmówki ciąsną, ale funkcjonującą, cztero czy nawet pięciopasmówkę. Na naszej drodze znów pojawiły się ciężarówy, które sapiąc i trzeszcząc osiągały zawrotną prędkość 20 km/godz. Pod górę wjeżdżały z mozołem. Zjeżdżając były źródłem smrodu palonych hamulców. Między nimi, jak spłoszona ławica śledzi, pomykały marsztutki i mercedesy. Na malutkich trampkach rzadko podejmowałyśmy decyzję o wyprzedzaniu. W Polsce nie miałybyśmy z tym problemów, ale zważywszy na to, że w całej Gruzji jeździ 57 motocykli, pomyślałyśmy, że kierowcy aut mogą nas nie dostrzec.

Znów zaczął doskwierać upał. Zjechałyśmy na lody do baru. A tam starzy znajomi – (za)jawkowi Litwini. Przybiłyśmy piątkę i ruszyłyśmy dalej. Pod wieczór zrobiło się chłodniej, ale na drodze wciąż panował ogromny tłok. Zmęczone zjechałyśmy do hotelu.

Obudziłyśmy się rano z niepokojem. Zaczynało brakować czasu. Sprawdziłyśmy pogodę i zaczęłyśmy mentalne przygotowania do powrotu w deszczu i zimnie. Tęsknota była doskonałym motywatorem – chciałyśmy dotrzeć do Polski na zlot trampkowy w Olzie. Szybka rozmowa i plany, by zwiedzić Tbilisi w drodze powrotnej, przełożyłyśmy na 2017 rok.

Imprezka w papuciach

Zahaczając o jakiś monastyr, bankomat, który nie chciał współpracować i skacowanego Gruzina, po południu dojechałyśmy do Kazbegi. Czułyśmy się tu jak u siebie. Usiadłyśmy na tarasie Cafe 5047 m. Wyluzowane zaczęłyśmy rozmawiałyśmy z turystami, którzy dopiero rozpoczynali swą wędrówkę. Opowiadałyśmy im o swoich wrażeniach, napawając się zachwytem polskich turystów. Szwajcarski motocyklista opowiedział nam o swoich problemach z bmw 1200 i o tym jak utknął w tym kraju z powodu usterki motocykla. Okazało się, że części zamienne musiał ściągać ze swojego kraju, bo żaden gruziński przedstawiciel BMW nie handlował motocyklami.

0295 0298  0300

0301   0304 0308 0309

Na noc zatrzymałyśmy się u wcześniej poznanego Grigorija, który pojechał do stolicy i zostawił nam cały dom. Ostatnia noc w Gruzji, chciałyśmy zaszaleć. Wyciągnęłyśmy z dna sakw turystyczny zestaw do make-upu i zestaw ciuchów jak z planu “American Hustle”. Gotowe do wyjścia zobaczyłyśmy wjeżdżającego na podwórze Dato. Przytaszczył torby z zakupami i jakieś baniaki wypełnione cieczą. Namówił nas na domówkę. Trochę tradycyjnych potraw, 4 litry wina i 3 litry czaczy – nasza ostatnia uczta. Okazało się jednak, że ostatni wieczór był jak typowa noc sylwestrowa. Mnóstwo przygotowań i oczekiwań, a wyszła spokojna posiadówka. Koło północy poszłam spać.

Specjalne traktowanie

Na pewno znacie to uczucie. Smutek, czasem rozdrażnienie związane z kończącą się przygodą. Ostatnie gruzińskie kilometry, piękne widoki i uśmiechnięte twarze. Mijałyśmy je z nostalgicznym poczuciem, że wraz z przejazdem przez granicę skończy się nasza gruzińska przygoda, którą żyłyśmy przez ostatni rok. Żegnamy przystojnych policjantów, rodzinę spod skalnego miasta, chaczapuri, gościnnych ludzi, którzy serwowali nam tutejsze przysmaki, zakonnika z monastyru, Litwinów na jawkach.

0312     0306 0305 0304 0303 0302

Podjechałyśmy na przejście graniczne. Podszedł do nas przystojny Gruzin w mundurze. Zapytał:
– Grażyna i Basia? Czekaliśmy na was.
Przed oczami stanęły mi wszystkie wypite wczoraj lampki wina, a wspomnienie przygód z rosyjską poilicją wywołało gęsią skórkę.
– Macie pozdrowienia od Dato i Szoty. Kazali was pożegnać i bezpiecznie odprawić. Szerokiej drogi.
Z łezką w oku wjechałyśmy do Rosji.

0318 0319 0321

Rosyjskie MC

Vitalija zwanego Kotem spotkałyśmy jakieś 300 kilometrów od Rostova. Popsuł mu się Piaggio i musiał wracać na Białoruś. Zaprosił nas na nocleg u kolegów motocyklistów w Rostovie. Późną nocą dotarliśmy na miejsce. Koledzy, którzy okazali się być lokalnym motocyklowym MC Rostov, zgotowali nam iście królewskie przywitanie. Pozwolili się rogościć, a potem z uwagą słuchali naszych opowieści, pstrykając na zmianę fotki naszym trampkom. Po kolacji skierowałyśmy się ku kanapie mocno nadgryzionej zębem czasu. Basia, kładąc się, nagle zastygła w bezruchu. Z kamienną twarzą, spokojnym głosem rzekła:
– Graża, właśnie obok twojego łóżka przebiegł szczur wielkości konia.
Podniosłam się, rozejrzałam wokół. Okazało się, że zwiał dziurą do piwnicy, więc nie mieliśmy szansy poznać się bliżej. Zmęczenie było silniejsze od obaw przed legendarnym gryzoniem.

0322 DSCF2690

0323 0324 0325 0326

Home, sweet home

Następnego dnia Kot swoim Piaggio odprowadził nas za Rostov i odbił na Białoruś. Zgodnie z prognozami zaczęło padać i zrobiło się zimno. Rozsądek podpowiadał by zwolnić, ale tęsknota pchała nas do domu. Ukraina przywitała poziomo padającym deszczem i 10 stopniowym chłodem. Mimo to zrobiłyśmy męczące 800 kilometrów, by jak najszybciej dotrzeć do Polski. To było świetne uczucie, kiedy dojeżdzając do przejścia w Korczowej, chmury się rozstąpiły i przywitało nas słońce. Pierwszy posiłek inny niż nieśmiertelne chaczapuri. Przydrożny bar, żurek i schabowy.

Wiedziałyśmy już, że sporo osób czeka na nas na zlocie Transalp Clubu. Gnając na łeb na szyję, z przećwiczoną na gruzińskich szutrach nawigacją, zgubiłyśmy się dwa razy na polskich autostradach. W końcu 20 września, trochę przed północą dotarłyśmy na zlot do Olzy. Witano nas chlebem i solą, kwiatami i szampanem. Czułyśmy się lepiej niż Cate Blanchett i Sandra Bullock na rozdaniu Oskarów. Wyciągnęłam z sakwy skitraną przed celnikami czaczę domowej roboty. Moja głowa (i wątroba) była już przyzwyczajona do tego napitku, ale okazało się, że klubowi koledzy odlecieli po dwóch głebszych. Z rumieńcami na twarzach opowiadałyśmy swoje przygody, jednocześnie ciesząc się, że jesteśmy w domu.

0327 IMG_0819

***

Wyprawa do Gruzji nie była taką, jaką sobie wyobrażałam. Miałam co dzień próbować wina z tubylcami i choć na chwilę stać się częścią ich życia. Miałam mieć odwagę, by wchodzić do domów, odwiedzać prywatne muzea win, zatrzymywać się tam, gdzie zobaczę coś ciekawego. W rzeczywistości okazało się, że większość czasu spędziłyśmy w drodze. Pozostawiłyśmy za sobą wiele nieodkrytych miejsc, jak choćby skład starych samochodów na Drodze Wojennej.

Udało się natomiast poznać Gruzję jako kraj różnorodny, barwny, w którym krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Połączenie widoków, niezwykłej gościnności Gruzinów z nie do końca cywilizowaną infrastrukturą drogową powoduje, że to miejsce wymarzone dla motocyklistów i poszukiwaczy przygód.

Wymyślona pół roku wcześniej przy winie wyprawa stała się przygodą życia. Czy tu wrócimy? Gruzja skradła kawałek naszych serc. Basia już tam wróciła by szlifować jazdę na DRZ-cie, galopować po szlakach Kaukazu i cieszyć się zawartą przyjaźnią. Ja wrócę do Swanetii ze swoim mężczyzną, by pokazać mu najpiękniejsze miejsce na świecie i poszaleć z nim po bezdrożach, których może nie ma na mapie, ale są w głowach gruzińskich przewodników.

KONIEC

DSC_0682+

(By Graża)

Epizod 6. Zakażenie wielbłądzim rozdrażnieniem

Rozejrzałyśmy się po chałupach i polach wokół nas. Chyba coś nie gra. Kilka kolejnych minut rozmowy upewniło nas, że przed nami 30 krętych kilometrów powrotu. Z nieba zaczął lać deszcz.

Po długim i pełnym wrażeń dniu na DRZ-tach byłyśmy pełne zapału i werwy. Następnego dnia po raz pierwszy uzmysłowiłyśmy sobie, że pierwotny plan objechania Gruzji jest zbyt ambitny i może nam na wszystko zabraknąć czasu. Jak się później okazało, okoliczności spowodowały, że utwierdziłyśmy się w tym przekonaniu. To z kolei przyniosło z sobą rozczarowanie.

Wszechświat atakuje Grażę

Plan był taki, że wstajemy rano, szukamy poczty, pijemy latte, łapiemy wifi i wysyłamy zaległe maile, a potem wskakujemy z powrotem na trampki i jak najszybciej jedziemy w kierunku Tsalki, na zachód od Tbilisi. Wszystko szybko, sprawnie i bez zbędnej straty czasu.

Poszłyśmy do informacji turystycznej.
– Pocztę znajdziecie Panie na jkuhsfiuh* street i na pewno dziś jest czynna.
Pocztę znalazłyśmy po dwudziestu minutach poszukiwań i wbrew zapewnieniom przewodnika, była zamknięta. Potem udałyśmy się do restauracji “5047 m”. Dwa dni temu przekonałyśmy się, że mieli tam i wifi i cafe latte. Niestety nocna burza nie tylko pogasiła wszystkim światła, ale także uszkodziła ich sieć. Śniadania zjeść się nie udało, bo kucharz miał wolne. Zamówiłyśmy więc latte, które przy płaceniu odbiło nam się czkawką.

Rozgoryczone przeniosłyśmy się do restauracji na przeciwko. Już na wejściu kelner zapewnił, że mają wifi i kucharza, który przygotuje nam pyszną jajecznicę za jedyne 10 lari. Ucieszyłyśmy się. Zjadłyśmy jajecznicę, która podobnie jak na Ukrainie była jajkiem sadzonym, wysłałyśmy, co trzeba było wysłać i poprosiłyśmy o rachunek. Kelner przyniósł papierek z ceną i okazało się, że 10 lari to cena od osoby i trzeba było jeszcze doliczyć serwis. Mózg zaczął mi płonąć ze wściekłości, ale wizja tego, że za parę minut wskoczę na trampka i zostawię za sobą te wszystkie złe emocje budziła nadzieję.

Ech ta nadzieja…

Dopinając ekspandery wywaliłam trampka i lusterko szlag trafił. Próbując jakoś uwolnić złość warczałam na wszystkich wokół. Pierwsze kilometry drogi to kaszlnięcia i prychnięcia mojego fioletowego. Nie wiadomo czemu prychał tak, jakby nie miał benzyny, mocy, ani niczego. Basia podnosiła mnie na duchu i powtarzała – dopóki nie zgasł, dopóty jedziemy. I to była dobra rada, bo faktycznie po kilku minutach jazdy wszystkie objawy minęły.

Gnałyśmy więc w kierunku Tbilisi. Byłyśmy tam umówione ze znajomym Dato – Szotą, który zaoferował się, że pomoże nam kupić olej (zaczynało nam go brakować). Tuż przed Tbilisi zatrzymałyśmy się na tankowanie. Wpisałam nazwę ulicy w nawigację. GPS znalazł ulicę Rustaviego i aleję Rustaviego. Doszłam do wniosku, że oleju w alejach raczej nie sprzedają. Po 30 kilometrach serpentyn wylądowałyśmy przy ruderze w miejscowości Makashvili na peryferiach Tbilisi. Telefon do Szoty.
– Hej, jesteśmy, czekamy.
– OK, idę.
Za chwilę kolejny telefon.
– Dziewczyny, gdzie jesteście? Nie widzę was.
Podałam Szocie adres.
– No tak, stoję tu, ale Was nie widzę.
Każda rozmowa telefoniczna to kosmiczny wydatek. Przez kilkanaście minut próbowaliśmy ustalić, gdzie jesteśmy i jak się odnaleźć.
– Dziewczyny, a widzicie przed sobą gmach ministerstwa finansów?
Rozejrzałyśmy się po chałupach i polach wokół nas. Chyba coś nie gra. Kilka kolejnych minut rozmowy upewniło nas, że przed nami 30 krętych kilometrów powrotu. Znów zaczęłam się wściekać i wszystko odbijać sobie na Basi – akurat jest pod ręką. Z nieba zaczął lać deszcz. Godzina do zamknięcia sklepu z olejami Mobila, a za dwie i pół godziny zapadnie zmrok. Do Tsalki pozostało około 150 km.

Zmoknięte i wkurzone na siebie i cały świat dotarłyśmy do gmachu ministerstwa. Kupiłyśmy zapas oleju. Koledzy zaproponowali nocleg w Tbilisi. Złość we mnie wygrywała, bo plan był inny, ale Basia z uporem przekonywała, że deszcz, że ciemno i że to bez sensu. I miała rację.

Na poprawę humorów poszliśmy na kolację. Tradycyjna kuchnia gruzińska i liczne toasty trochę poprawiły nam humor, a muzyka złagodziła gorące, słowiańskie obyczaje.

O muriaty, o szagriaty

Śniadanie zjadłyśmy w McDonaldzie. Smakowało tak samo jak w Polsce. Za radą Dato lekko zmodyfikowałyśmy nasze plany i ruszyłyśmy w kierunku Vardzi.

0165

Góry przypominające Bieszczady, ciągnęły się od Tbilisi aż do Tsalki. Płynnie składałyśmy się w zakręty, szlifowałyśmy przeciwskręt i cieszyłyśmy się drogą. Po setnym zakręcie, tuż za Tsalką, asfalt się skończył. Po offie na DRZ-tach nasze obładowane trampki dały nam w kość. Musiałyśmy wkładać więcej wysiłku by utrzymać ślizgające się na kamieniach maszyny w równowadze. Wokół nas rozpościerały się kolorowe górskie łąki, ale droga przypominała kamienistą rzeźnię.

0166 0174 0173 0172 0169 0168 0167 0171 0170

Niestety po osiemdziesięciu kilometrach musiałyśmy przestać podziwiać krajobrazy. Kamienie, które i tak nie powodowały komfortu psychicznego, zmieniły się w błotnistą gnojówkę. Wjechałyśmy do wsi Tabatskuri, a tu, jak w całej Gruzji, królują krowy. Kilka ostrych hamowań uchroniło nas przed przelotem nad leżącą mućką lub lewitującym w popłochu stadem kur.

Wieczorem dojechałyśmy domalutkiej wśi pod Varfdzią i zaczęłyśmy szukać noclegu. Hostele okazały się się za drogie. Mogłyśmy się tego spodziewać – Vardzia to w końcu jedna z największych atrakcji turystycznych kraju. Po drodze zobaczyłyśmy szyld rekamujący jakiś hotelik i banię.

Basia zatrzymała się w bramie, a ja na pewniaka wjechałam na podwórko. Na niewielkim głazie siedziała sporych gabarytów stara kobieta z wąsami i brodą, a wokół niej mnóstwo kobiet, mężczyzn i dzieci. Wszyscy urody romskiej. Psy ujadając ruszyły mi na spotkanie, ale jedno donośne słowo kobiety z zarostem sprawiło, że podkuliły ogony i uciekły. Podeszłam do zgromadzenia i spytałam o możliwość noclegu. W tym samym czasie z bani zaczął się wylewać tłum topielic topielców. Wszyscy z zaciekawieniem patrzyli na mnie i na mój motocykl. Kilka pytań starszej pani i propozycja cenowa. Całe szczęście niezbyt kusząca, bo miałabym duże problemy, żeby nakłonić Basię na nocleg w tym cygańskim taborze. Podziękowałam grzecznie i zawróciłam do motocykla. Wąsata pani pokrzykiwała jeszcze coś w moim kierunku, ale udałam, że w kasku nic nie słyszę. Szybko odjechałyśmy. Tłum wokół rechotał.

Gościnność po gruzińsku

Wreszcie dostrzegłyśmy podwórko z ogrodem i zapytałyśmy siedzącego na ławce staruszka o możliwość rozstawienia namiotu. Zgodził się. Zaciekawiony rykiem silników wybiegł z domu mały chłopiec, który bardziej niż motocyklami, zainteresował się szczęśliwym koniem Basi podróżującym z nią na sakwach.

Wyciągnęłyśmy namiot. Zabierałyśmy się do jego rozkładania, gdy podeszła do nas kobieta w średnim wieku i mówi, że żadnych namiotów rozstawiać nie będziemy. Chwila konsternacji i napięcia. Po chwili wszystko stało się jasne – żadnych namiotów, bo śpimy w domu. Gospodyni, jak się okazało córka staruszka, zaprosiła nas do środka. Ze starszą siostrą przygotowały nam pokój i kolację. Do domu przybył mąż gospodyni i wszyscy zasiedliśmy do kolacji suto zakrapianej czaczą (a dla niechętnych winem).

Wspaniała, rodzinna atmosfera. Rozmawialiśmy o wszystkim – polityce, obyczajach, rodzinie, podróżach, bezrobociu, a każdy temat zaczynał się i kończył kwiecistym toastem, wygłaszanym kolejno przez każdego z nas. Malec nie wypuszczał z rąk konika i widelca, dziadek z rozżewnieniem wspominał dawne lata i narzekał na prezydenta Saakaszwilego, a my nie mogłyśmy się nadziwić gruzińskiej gościnności. Czułyśmy, że jesteśmy tu mile widziane i że nasza wizyta sprawiła przyjemność gospodarzom. Wreszcie wieczerza się skończyła, podziekowałyśmy za wspólny posiłek i rozmowy. Poszłyśmy do pokoju, umyłyśmy się i marzyłyśmy już tylko o pójściu spać. Położyłyśmy się w łóżkach i poczułyśmy się jak księżniczki. Okazało się, że zasypiamy na kilku puchowych kołdrach przykryte kolejną pierzyną.

0176 0175

Następnego ranka dokonałyśmy praktycznej obserwacji organoleptycznej – domowa czacza nie powoduje bólu głowy.

Wspólnie z naszymi dobrodziejami zjadłyśmy śniadania, po którym gospodarze zaproponowali pięćdziesiątkę czaczy na rozgrzewkę. Dostałyśmy suchy i mokry procentami nasycony prowiant na drogę, a w zamian Basia zostawiła chłopczykowi konika.

* nazwy ulicy niestety nie pamiętam, ale brzmiała właśnie jakoś tak i pachniała makaronem.

(by Graża)

Lady K – satysfakcja gwarantowana

Kilka dni temu oglądałam piękny film o wytrwałości i obronie własnych przekonań. Jeden z wątków opowiadał o tym, jak właścicielka wspaniałego wierzchowca o imieniu Sekretariat sprzedawała akcje z opcją gwarancji sukcesu. Nie wiem czy takie pojęcie istnieje w gospodarce, ale pomyślałam sobie, że to bardzo odpowiedzialna postawa. Sprzedaję i zobowiązuję się, że osoba, która mi zaufała i kupiła mój produkt odniesie sukces. Gdyby to było takie łatwe. Pewnie każdy z nas kupił kiedyś książkę o diecie, myśląc, że zapewni nam ona gwarancję sukcesu. Wielu wybrało się na jazdy doszkalające na torze w nadziei, że już za kilka godzin staniemy się Rossim lub chociaż Yubym.

Secretariat_Preakness

Choć to przykre i okrutne, to musimy zapracować na swój sukces. Nie ma żadnej gwarancji, że się uda. Co więcej mój sukces może być porażką dla innego człowieka.

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby (nawet gdyby to był Sekretariat), ale my mamy na ten temat inne zdanie i dzielimy się naszymi subiektywnymi opiniami na temat odzieży motocyklowej Kim Lady, deszczówek Xeric, rękawic Gobi Traveller oraz tankbagów Travelstar, które na wyprawę do Gruzji ufundowała Modeka.

logo Modeka

Gdy ciuchy do nas dotarły, to nie posiadałyśmy się ze szczęścia. Przymierzyłyśmy wszystko i zadowolone wskoczyłyśmy na nasze trampki by się trochę polansować. Kurtki świetnie wyprofilowane, spodnie całkiem seksi, deszczówki super odblaskowe, rękawice przewiewne, a tankbag pakowny. Naprawdę czaaad.

0285 0286 0113 0068

A gdy emocje opadły zaczęłyśmy się przyglądać temu koniowi bardziej krytycznie. Oto rezultaty:

modeka-KimLady modeka-Travelstar modeka-Traveller modeka-Xeric

Wiadomo – to nasze subiektywne opinie. Dla jednego trzy kieszenie to za dużo, a inni pewnie doszyliby sobie jeszcze ze dwie. Ile głów, tyle opinii. Dla nas Modeka to gwarancja sukcesu 😀

Największy plus dostaje od nas komplet odzieży Kim Lady za wentylację (naprawdę dało się jeździć w upale) oraz za kobiecy fason!

Największy minus dla spodni przeciwdeszczowych Xeric dość szybko puściły wodę (na szczęście to podlega reklamacji, więc pamiętajcie – nie wyrzucajcie paragonów!).

Modeka pilnie słucha uwag od użytkowników. Już za rok będą w ofercie deszczówki dedykowane specjalnie dla kobiet! A żeby było cieplej i wygodniej dołożono suwak wewnątrz membrany. Teraz nic już nie powinno się podwijać i marszczyć. Warto się rozglądać za nowymi modelami.

Gdy nasza odzież wróci z reklamacji podzielimy się opiniami.

Serdecznie dziękujemy firmie Modeka za olbrzymi wkład w wyprawę One Temu Winne.

Epizod 3. Pod słońcem Kachetii

Na początku września rozpoczyna się winobranie. Najpierw dorodne kiście trafiają do wiklinowych koszy, a potem… na pakę kamaza. Tu, w Gruzji, winogron nie kupuje się na kilogramy. Tu jednostką sprzedaży jest kamaz.

Ranek w kurorcie narciarskim Gudauri przywitał nas strasznym zimnem. Ręce kostniały gdy przypinałyśmy bagaże, zimny deszcz zalewał nam oczy, a trampki ledwo odpaliły.

Za pierwszy cel trasy obrałyśmy Tbilisi. Widoki w drodze do stolicy zapierały dech. Co chwila w kaskach wybrzmiewały westchnienia zachwytu. Wjechałyśmy do największego miasta Gruzji. Tu mieści się fabryka wina Tbilvino. Tu powstają nasze ukochane Alazani i Kindzmarauli. Podejrzewamy, że nie tylko my kochamy te gatunki, lubią je chyba również tutejsi kierowcy, którzy jeżdżą jak opętani. Poruszanie się w ruchu ulicznym, to prawdziwe wyzwanie nawet dla nas – nieustraszonych motocyklistek. Postanawiamy, że wrócimy tu w drodze powrotnej. Teraz jedziemy poznać proces tworzenia wina z perspektywy dojrzałego, dopiero co zerwanego z krzaka winogrona. Szybko żegnamy się z zatłoczoną stolicą i uciekamy na wschód, do Kvareli.

Dolina Alazani. Kraina winem płynąca.

Kiedy wyjechałyśmy z Tbilisi, zaczął nas gonić i zaczepiać porywisty wiatr. Pojawiał się nagle i nagle znikał, jakby dawał do zrozumienia, że skoro nie doceniłyśmy umiejętności stołecznych kierowców, to dolina Alazani też nie jest dla nas. Z trudem utrzymywałyśmy motocykle w pionie. Drzewa, góry i zakręty były równie niebezpieczne, jak wbiegające na drogę psy, krowy i świnie.0049

00501

00503

0050400502

Późnym wieczorem dotarłyśmy do winnicy w Kvareli. Zakwaterowano nas w hotelu pracowniczym. Zmęczone padłyśmy do łóżek. Śniło nam się, że jesteśmy bohaterkami “Dobrego roku” kręconego w gruzińskich winnicach i razem z Russellem Crowem w pełnym słońcu zbieramy winogrona. Już jutro poznamy tajemnice wyrobu wina, już jutro będziemy się delektować jego aksamitnym smakiem.

0043 0042 0041

0045 0044

W Tbivino. Jakim cudem powstaje trzy i pół miliona butelek wina, skoro nikt tu nie pracuje?

Słońce. Ciepło na policzku. Czy to nadal sen? Ale gdzie się podział Russell? Pobudka, pora wstawać, już prawie południe!

Zeszłyśmy do stołówki. Pani Eliso przygotowała nam pyszne śniadanie i zaczęła snuć swoją opowieść. Niestety po gruzińsku, a nasza znajomość tego języka opierała się wówczas na dwóch wyrazach: ‘gamardzioba’ i ‘didi madloba’. Opowieść wydawała się wyjątkowo ciekawa i nie chciałyśmy przerywać. Przytakiwałyśmy więc i powtarzałyśmy w kółko ‘gamardzioba’ i ‘didi madloba’. Pani Eliso mówiła i wciąż się uśmiechała zadowolona, że cały czas ją witamy i dziękujemy (‘gamardzioba’ – dzień dobry” i ‘didi madloba’ – bardzo dziękuję). Po śniadaniu wyszłyśmy na fabryczny plac. A tam? Nikogo. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Nikt tu nie pracuje? Halooo! Już południe! Wstawać lenie!

Po kilku godzinach na horyzoncie pojawił się przystojny, wysoki mężczyzna. Okazało się, że to pod jego skrzydła trafiamy. Alik jest głównym inżynierem w Tbilvino. Czuwa nad wszystkimi maszynami, by nic nie zakłóciło procesu tworzenia wina. Przywitał się z nami, spytał o samopoczucie. Już po chwili błądziłyśmy między skomplikowaną maszynerią, a Alik rozpoczął swoją winną opowieść.

Kachetia to kraina gruzińskiego wina. Równe rzędy winorośli ciągną się po horyzont, aż do Gór Gamborskich. Koryta rzek są wyschnięte, a ziemia spękana od prażącego słońca. Z dala od Kvareli, tam, gdzie owoce są już dojrzałe, na początku września rozpoczyna się winobranie. Najpierw dorodne kiście trafiają do wiklinowych koszy, a potem… na pakę kamaza. Tu, w Gruzji, winogron nie kupuje się na kilogramy. Tu jednostką sprzedaży jest kamaz.

0040 0032 0048

Zapakowane po brzegi ciężarówki pokonują ponad 150 kilometrów. Wolno jadą do fabryki, do Tbilvina. Około godziny 15:00 docierają na miejsce i wtedy zaczyna się krzątanina. Ciężarówki podjeżdżają na rampę. Technik pobiera próbkę winogron, bada ich słodkość, soczystość i smak. Jeśli próbka spełnia surowe normy, samochód jest ważony i przejeżdża na miejsce zwałki. Wszystko wokół lśni srebrem. Nowoczesne kadzie z nierdzewnej stali, sterylne taśmociągi, laboratorium. Wrzucone do kadzi owoce są od razu mielone. Z jednej strony wychodzi przepyszny sok winogronowy, z drugiej odpady – skórki, gałązki i liście.

0031 0035 0034 0036

Tajemne receptury

Sok na wino trafia do cystern i jedzie do fabryki w Tbilisi lub do wyglądających jak łodzie podwodne wielotonowych zbiorników. Zaczyna się magiczna przemiana w wino. Procesy zachodzące w wielkich kadziach są pilnie strzeżoną tajemnicą. Trwa to kilkadziesiąt dni.

0037   0019

Gdy wino jest gotowe trafia do laboratorium. Tu przeprowadza się analizy chemiczne, badane są bakterie, smak i kolor. Wszystko po to, by utrzymać wysoką jakość. Po zakończeniu testów, wino trafia na taśmę produkcyjną. Specjalnie dla Tbilvina wyprodukowane butelki są automatycznie napełniane alkoholem. Automatyczna kapslownica wciska sprowadzone z Portugalii korki. Obsługa, tym razem ręcznie, nakleja etykiety i pakuje butelki do kartonów. Już niebawem wino trafi na nasze stoły. Wszystko odbywa się przy pomocy nowoczesnej technologii i automatyzacji.

0025 0038 0021 0022 0020 0023 0024

Tylko wybrane partie wina trafiają do specjalnych beczek. Leżakują przez wiele miesięcy w centrali Tbilvino w Tbilisi, by potem trafić do właścicieli najbardziej wymagających podniebień. My lubimy te popularne gatunki i dla nich właśnie odwiedziłyśmy Gruzję.

0030 0029 File70 File76 File72

Sezon winny trwa dwa miesiące. Wtedy mobilizowane są wszystkie siły. Wszyscy pracują całymi nocami. Jeśli ktoś zadzwoni, że kamaz popsuł się gdzieś w trasie, trzeba czekać. Tylko świeże winogrona nadają się do produkcji trunku. Następnego dnia kilka ton owoców z popsutego kamaza trafia na śmietnik.

Tymczasem w fabryce Tbilvino pracownicy cierpliwie oczekują na dostawę owocowego złota. Czasem to oczekiwanie umili przyjazd dziewczyn z Polski, które z ciekawością przyglądają się procesowi produkcji, degustują swoje ulubione wina, zadają mnóstwo pytań. A na koniec zapraszają Tamaza i Zviada – głównych winomieszaczy, na przejażdżkę motocyklami po okolicy. Na co dzień, gdy słońce jest już wysoko na niebie, pracownicy do poduszki piją małe piwo i zmęczeni idą spać.

0026 0027 0028

(by Graża)

 

A, jak Alicja. B, jak Baran

Powoli i z mozołem szykujemy relację z naszej eskapady. Montujemy filmy, bawimy się zdjęciami, przygotowujemy testy różnych mniej lub bardziej przydatnych rzeczy.

Ale zanim to nastąpi, to chciałybyśmy przekazać swoje podziękowania (tak, wiemy, że trochę nam to zajęło) tym wszystkim, bez których One Temu Winne by nie istniały, a o których do tej pory nie wspomniałyśmy na blogu.

alicja1

A, jak Alicja. Nasz ghost writer. Nasz reżyser i scenarzysta i pomysłodawczyni wielu głupot. Niezła z niej krejzolka. Bez niej nikt by nas nie czytał, nie oglądał i nie kochał, bo wszyscy posnęli by z nudów. Co więcej – ona jeszcze nie skończyła. Szykuje kilka mega filmów i mega teledysk. Tak ze sto kilo-wato-mega-uderzeń na centymetr kwadratowy! 😀

IMG_0349B, jak Basia, która wpadła na pomysł babskiego wyjazdu i która uparcie broniła naszych ustaleń. Miała siłę, gdy ogarniała mnie czarna rozpacz oraz cierpliwie znosiła moje humory, zaczepki i złośliwości.

😀

baran21B, jak Baran, który dwoma lutami sprawił, że przez 8000 kilometrów nie dotykałam się do łańcucha, tylko dolewałam smaru do zbiorniczka i pokręcałam przełącznikiem!

a

😀

biedrB jak Biedron za pasy do mocowania bagażu, które się popsuły, ale miały ładny kolor.

a

a

😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERAC, jak Ciocia Cela, która dała nam na drogę złote podkowy, które nas chroniły przez 20 dni.

a

a

😀

SONY DSCD, jak Daniel, który pojechał do Karpacza i kupił nam baranie skóry. O tym jak są wygodne i miłe dla tyłeczka dowiecie się z relacji.

a

a

😀

ewelinaE, jak Ewelina i Tomek, wypożyczyli nam swoją super zaopatrzoną apteczkę, która do niczego nam się nie przydała.

a

😀

Fuszkiny F, jak Fuszkiny, za łezkę w oku i chusteczkę powiewającą na Zakręcie. I motocykl Basi – w końcu od nich kupiła swojego dzielnego rumaka.

a

a

😀

0188G, jak Graża, bo co by nie mówić, bez nas ta wyprawa by się też nie odbyła. Więc Graży (piszę ja, Basia) za to, że się nie poddawała nawet w bardzo trudnych momentach. Że walczyła dzielnie do samego końca i o sponsorów i o patronów i na samej wyprawie o każdy kilometr.

a

😀

H, jak Hubert, który wstawił się za nami w Lateksie, dzięki czemu nie martwiłyśmy się o żadne gumki. Do kompletu dorzucił też serwis czterech kapci. 😀

Pierwszy Dzień Świąt (16)Hubert – brat cioteczny Basi, za wsparcie własną wiedzą, mapami i przewodnikami.

a

a

a

a

😀

I, jak Inni nie wymienieni z imienia i z nazwiska za to, że byli przy nas w czasie przygotowań, podróży i po powrocie. Dodawali otuchy i sprawiali, że chciało nam się działać. 😀

IBM, za to, że dali Basi trzy tygodnie urlopu i z wielką cierpliwością znosili wcześniejsze urywanie się z pracy w celu przygotowania do wyjazdu. 😀

J, jak Jadźka z pierwszego piętra na Strzeleckiej, której nie znamy, ale jak odjeżdżałyśmy to siedziała w oknie i zalana łzami żegnała nas czule. 😀

kret2K, jak Kret, za ekspandery i zastrzyk gotówki.

a

a

😀

korzeńKorzeń, który odważył się pożyczyć nam rejestrator dźwięku i obrazu.

a

😀

_DSC4995-2 L, jak rodzina Laskowsko-Kalinowskich – za wsparcie finansowe i mentalne. Za św. Krzysztofa i lajkowanie naszych postów, za trzymanie kciuków i ciągłe powtarzanie – dacie radę, my w was wierzymy.

😀

madrafiM, jak Madrafi, który ogarnął do kupy naszą nawigację. Ani razu się nie zgubiłyśmy i wcale nie klęłyśmy tak bardzo zmieniając mapy i szukając metody na ich użycie.

a

a

a

a

😀

Maras2 jak Maras, za to, że był, że rozłożył część swojego Trampka, żeby być dawcą np. centralki, której ostatecznie nie wzięłyśmy. Za wymarzone handbary Basi i pomoc przy przygotowaniu motocykli.

a

a

a

😀

misiekjak Misiek, który mino marudzenia małżonki cierpliwie cykał nam fotki i śmiało je modyfikował.

a

a

😀

nenoN, jak  Neno – nasz pierwszy, o nic nie proszony darczyńca. Dzięki niemu uwierzyłyśmy, że to wszystko ma sens.

a

😀

olaO, jak Ola i cała rodzina Kozłowskich, za to, że wsiadła ze mną na motocykl i dodała mi wiary we własne umiejętności.

a

😀

policjanciP, jak Policjanci, którzy mimo groźnej miny i licznych prób wlepienia nam mandatu zawsze z uśmiechem puszczali nas wolno, żegnając słowami “szerokiej drogi, uważajcie na siebie”.

😀

Burak-ćwikłowy R, jak Retman, który uświadomił nam, że buraki występują nie tylko w świecie flory i że mamy większy dystans do siebie niż nam się pierwotnie wydawało.

a

a

😦

jak Romek, który z własnej, nieprzymuszonej woli zafundował nam wizę do Rosji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAS, jak siostra Lidka i szwagier Tomek i Mikołaj, którzy nie skrywali niczego i otwarcie mówili, że nie powinnam jechać (ja Graża) sama, bez faceta. Ale mimo marudzenia, byli zawsze przy mnie.

a

😀

tcpT, jak przyjaciele z Transalpclub Polska, którzy dali nam tyle dobrych rad, że nie zmieściły się do naszych sakw, więc większość z nich zostawiłyśmy w domu, z nadzieją, że może się komuś kiedyś przydadzą. 😀

ulaU, jak Ula, która dwa dni przed wyjazdem przysłała nam kilka ślicznych filcowych kwiatków.

a

a

😀

wujekW, jak Wujek, który wypił trochę gruzińskiego wina, za które szczodrze nam zapłacił.

a

a

😀

Z, jak Zenon, który sprezentował nam tuby. Trochę się namęczyłyśmy, żeby je przysposobić do naszych trampków, ale po kilku cięciach i klejeniu sprawdziły się w roli apteczki-narzędziówki.

zenekZ, jak Zenek, który mimo nieskrywanej niechęci pomagał dzielnie i tylko czasem puszczały mu nerwy. Za resztę Graża dziękuje mu na osobności, bo nie przeszło by to cenzury.

😀