Epizod 4. Mnisi na pustyni

Odczytałam to jako reprymendę i karnie spuściłam wzrok. Okazało się, że nie jesteśmy tu same, a mój lekkomyślny czyn przerwał kontemplację zamieszkujących tu mnichów i ustawił nas w pozycji intruzów

Niechętnie pożegnałyśmy załogę Tbilvino i ruszyłyśmy dalej. Trzy tysiące kilometrów, które miałyśmy za sobą dodały nam odwagi. Zdecydowałyśmy się na pierwszego offa. Na mapie wykreśliłyśmy trasę możliwie najmniej uczęszczanymi i najbardziej dzikimi drogami.

Pierwsze 15 kilometrów, z Kvareli do Gavazi, to wspaniałe szutry. Droga wiodła nas wzdłuż szerokiego rowu melioracyjnego. Prułyśmy z ponadświetlną prędkością powodującą drżenie serc, czyli jakieś 50 kilometrów na godzinę. W pewnym momencie droga lekko skręciła i zawiodła nas w koryto rzeki. Wyglądało to na dziki, rwący potok, w którym mogłybyśmy zwodować Trampiszony. Szczęśliwie we wrześniu panuje tu pora sucha i zamiast przez Bug przeprawiałyśmy się przez Zagożdżonkę o szerokości przeciętnej strugi sedesowej.

Większość rzek gruzińskich o tej porze wygląda jak kopalnia kamieni. Na środku stoją koparki i ciężarówki, które wydobywają jasny kanciasty kamień i wywożą go gdzieś w nieznane. Na kępkach trawy, które gdzieniegdzie wyrastają spośród kamieni, pasą się krowy. Sama rzeka, to kilkunastocentymetrowy ciek. Taki obrót sprawy niezwykle nas ucieszył – już na pierwszym offie zaliczyłyśmy: zjazd ze stromej górki, przejazd przez rzekę, podjazd pod stromą górkę oraz jazdę po ostrych kamieniach. Cokolwiek by się działo w dalszej części naszej podróży, to off odhaczony, a i ewentualne oczy strachu już nie będą takie wielkie.DSC_0086

0055  0053

Kolejnym punktem podróży było Sighnaghli. Miasto słynie z bycia jednym z mniejszych, pewnie dlatego łatwo tu o turystyczny podbój. Stragany z pamiątkami made in China. Marketing mocno bezpośredni w wykonaniu właścicieli miejsc noclegowych. Zawodowi wyłudzacze pieniędzy. Trzeba słono płacić nawet za oglądanie panoramy miasta.

Gdybyśmy przyjechały tu poza sezonem, to być może miasteczko okazałoby się urokliwym, pełnym magnetyzmu i tajemniczości średniowiecznym Kiziqi. Tym razem jednak uciekłyśmy z niego bez zrozumienia dla dagestańczyków, którzy w okolicach drugiej połowy XVIII wieku próbowali zdobywać miasto. Jedynie widok z położonej na prawie 800 m n.p.m. wieży obronnej przełamał naszą niechęć do tego miejsca. Dolina Alazańska zachwyciła nas nie po raz pierwszy. I zrozumiałyśmy dlaczego Sighnaghli nazywane jest miastem zakochanych. Tak, tu można się zakochać po uszy.

0062 0061 0059

Głód dorwał nas w drodze do kolejnego punktu na mapie i zapędził nas do pewnej małej mieściny. Znalazłyśmy piekarenkę z fantastycznie wyglądającymi chlebkami. Weszłam do środka i poprosiłam o jeden.
– Jeden? – zdziwili się piekarze.
No proszę. Po raz kolejny nie udało się wtopić w lokalną społeczność, a moja prośba okazała się być równoznaczna z obwieszczeniem: nie jestem stąd. Wniosek? Autochtoni jedzą dużo chleba i kupują go workami. A ja wyróżniłam się chcąc jeden bochenek. Umorusany w mące piekarz wybrał najpiękniejszy bochen i wręczył mi go z uśmiechem. O zapłacie nie było mowy. Wielokrotnie w czasie podróży po Gruzji przekonałyśmy się, że właściciele małych sklepików nie żądali zapłaty za drobne zakupy. Na początku nas to krępowało, ale z czasem nauczyłyśmy się przyjmować te małe prezenty – chleb, wodę czy ser i dziękować uśmiechem.

Pod sklepem spotkaliśmy kolejnego V-Stroma. Tym razem para motocyklistów z Polski. Miło było usłyszeć „cześć” i powiedzieć „szerokości” w ojczystym języku.

IMG_0128

David Garedżia – świątynia na końcu świata

Późnym popołudniem wjechałyśmy na wielokilometrowe szutry wiodące do klasztorów w David Garedża. Zaskoczył nas księżycowy krajobraz. Kolory zmieniały się jak w kalejdoskopie – zielony, bordowy, żółty. Jeszcze przed chwilą podziwiałyśmy soczyste winnice, a teraz otaczała nas spalona słońcem półpustynia. Zatrzymałyśmy się nad słonym jeziorem i obserwowałyśmy kołujące nad nim latające drapieżniki. Dobrze, że miałyśmy kaski, bo być może upolowałyby i nas.

0080 0075 0073 0071 0070 0069 0068 0067 0066 0065 0064

Do klasztoru dotarłyśmy o zachodzie słońca. Część kompleksu jest dostępna dla turystów, choć przyjechałyśmy tu za późno, by obejrzeć wykute w skałach pokoje, barwne freski i długie korytarze. Ale i z zewnątrz budowle zrobiły odpowiednie wrażenie. Rozsiadłyśmy się wygodnie i napawałyśmy widokiem półtora tysiącletnich skał, w których wykuto monastyry. Cisza i spokój. Moją uwagę przykuł nieduży dzwon wiszący na drzewie. Podniosłam się, zaczęłam przechadzać wzdłuż skał i, bezwiednie jak dziecko, poruszyłam dzwonkiem, by jeszcze mocniej poczuć klimat miejsca. Zza drzwi niedaleko wychylił się mnich. I powiedział coś dość surowym tonem. Odczytałam to jako reprymendę i karnie spuściłam wzrok. Okazało się, że nie jesteśmy tu same, a mój lekkomyślny czyn przerwał kontemplację zamieszkujących tu mnichów i ustawił nas w pozycji intruzów.

Oglądając monastyry wpadłyśmy w dziwny trans. Wyrwał nas z niego dźwięk dzwonów nawołujących do wieczornej modlitwy i mnich dyżurujący w sklepiku z pamiątkami. Nie zauważyłyśmy, że zapadł zmierzch. A przed nami jeszcze 150 kilometrów. Choć jechałyśmy najszybciej jak się dało, to noc zaskoczyła nas w połowie drogi. Trzeba było się ubrać, bo zimny wiatr dawał nam się we znaki.

0078 0056 0077 0076

Zatrzymałyśmy się na parkingu pełnym kamazów z arbuzami. Arbuzy, podobnie jak winogrona, sprzedają tu na kamazy. Zaciekawieni handlarze podchodzili do nas i częstowali tak soczystymi i słodkimi kawonami, że nie mogłyśmy się od nich oderwać. Co chwila podchodził ktoś nowy i podtykał owoc ze swojego pola, sugerując, że jego jest najsmaczniejszy. Nasze polskie podniebienia nie są zbyt wysublimowane, więc nie czułyśmy żadnej różnicy między arbuzem z pola Gieorgija, a tym z ogrodu Iraklija, ale wszystkie były przepyszne. Szybko zaspokoiłyśmy głód i pragnienie. A gdy nasi darczyńcy dowiedzieli się już wszystkiego o naszej podróży i osiągach naszych motocykli, podjęli pierwszą w trakcie naszej wyprawy próbę oświadczyn. Na zachętę wręczyli nam wielkiego zielonego kawona. Udało nam się ich przekonać, że w naszym bagażu nie ma miejsca nawet na lakier do paznokci, a tym bardziej na kilkukilogramowego arbuza. Wywinięcie się z ożenku było trudniejsze, tym bardziej, że plantatorzy byli nie tylko mili (komplementowali nas po gruzińsku, a jak wiadomo język ten przypomina brzmieniem gwałtowną kłótnię dwóch super macho), hojni (co dało się odczuć przez nieznośny nacisk na pęcherz po zjedzeniu pysznych arbuzów), ale także urodziwi (w tej części Gruzji mężczyźni to wielkie jak dąb chłopy z czarną czupryną i ciemna karnacją).

Po kilku minutach pomachałyśmy chłopakom na pożegnanie. I choć było ciemno i miałyśmy przed sobą jeszcze spory kawałek, to i tak musiałyśmy się kilka razy zatrzymywać by nie zbezcześcić naszych barankowych kanap.

0079 0051 0084 0050 0052 0054

koniec części czwartej

(by Graża)

Epizod 3. Pod słońcem Kachetii

Na początku września rozpoczyna się winobranie. Najpierw dorodne kiście trafiają do wiklinowych koszy, a potem… na pakę kamaza. Tu, w Gruzji, winogron nie kupuje się na kilogramy. Tu jednostką sprzedaży jest kamaz.

Ranek w kurorcie narciarskim Gudauri przywitał nas strasznym zimnem. Ręce kostniały gdy przypinałyśmy bagaże, zimny deszcz zalewał nam oczy, a trampki ledwo odpaliły.

Za pierwszy cel trasy obrałyśmy Tbilisi. Widoki w drodze do stolicy zapierały dech. Co chwila w kaskach wybrzmiewały westchnienia zachwytu. Wjechałyśmy do największego miasta Gruzji. Tu mieści się fabryka wina Tbilvino. Tu powstają nasze ukochane Alazani i Kindzmarauli. Podejrzewamy, że nie tylko my kochamy te gatunki, lubią je chyba również tutejsi kierowcy, którzy jeżdżą jak opętani. Poruszanie się w ruchu ulicznym, to prawdziwe wyzwanie nawet dla nas – nieustraszonych motocyklistek. Postanawiamy, że wrócimy tu w drodze powrotnej. Teraz jedziemy poznać proces tworzenia wina z perspektywy dojrzałego, dopiero co zerwanego z krzaka winogrona. Szybko żegnamy się z zatłoczoną stolicą i uciekamy na wschód, do Kvareli.

Dolina Alazani. Kraina winem płynąca.

Kiedy wyjechałyśmy z Tbilisi, zaczął nas gonić i zaczepiać porywisty wiatr. Pojawiał się nagle i nagle znikał, jakby dawał do zrozumienia, że skoro nie doceniłyśmy umiejętności stołecznych kierowców, to dolina Alazani też nie jest dla nas. Z trudem utrzymywałyśmy motocykle w pionie. Drzewa, góry i zakręty były równie niebezpieczne, jak wbiegające na drogę psy, krowy i świnie.0049

00501

00503

0050400502

Późnym wieczorem dotarłyśmy do winnicy w Kvareli. Zakwaterowano nas w hotelu pracowniczym. Zmęczone padłyśmy do łóżek. Śniło nam się, że jesteśmy bohaterkami “Dobrego roku” kręconego w gruzińskich winnicach i razem z Russellem Crowem w pełnym słońcu zbieramy winogrona. Już jutro poznamy tajemnice wyrobu wina, już jutro będziemy się delektować jego aksamitnym smakiem.

0043 0042 0041

0045 0044

W Tbivino. Jakim cudem powstaje trzy i pół miliona butelek wina, skoro nikt tu nie pracuje?

Słońce. Ciepło na policzku. Czy to nadal sen? Ale gdzie się podział Russell? Pobudka, pora wstawać, już prawie południe!

Zeszłyśmy do stołówki. Pani Eliso przygotowała nam pyszne śniadanie i zaczęła snuć swoją opowieść. Niestety po gruzińsku, a nasza znajomość tego języka opierała się wówczas na dwóch wyrazach: ‘gamardzioba’ i ‘didi madloba’. Opowieść wydawała się wyjątkowo ciekawa i nie chciałyśmy przerywać. Przytakiwałyśmy więc i powtarzałyśmy w kółko ‘gamardzioba’ i ‘didi madloba’. Pani Eliso mówiła i wciąż się uśmiechała zadowolona, że cały czas ją witamy i dziękujemy (‘gamardzioba’ – dzień dobry” i ‘didi madloba’ – bardzo dziękuję). Po śniadaniu wyszłyśmy na fabryczny plac. A tam? Nikogo. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Nikt tu nie pracuje? Halooo! Już południe! Wstawać lenie!

Po kilku godzinach na horyzoncie pojawił się przystojny, wysoki mężczyzna. Okazało się, że to pod jego skrzydła trafiamy. Alik jest głównym inżynierem w Tbilvino. Czuwa nad wszystkimi maszynami, by nic nie zakłóciło procesu tworzenia wina. Przywitał się z nami, spytał o samopoczucie. Już po chwili błądziłyśmy między skomplikowaną maszynerią, a Alik rozpoczął swoją winną opowieść.

Kachetia to kraina gruzińskiego wina. Równe rzędy winorośli ciągną się po horyzont, aż do Gór Gamborskich. Koryta rzek są wyschnięte, a ziemia spękana od prażącego słońca. Z dala od Kvareli, tam, gdzie owoce są już dojrzałe, na początku września rozpoczyna się winobranie. Najpierw dorodne kiście trafiają do wiklinowych koszy, a potem… na pakę kamaza. Tu, w Gruzji, winogron nie kupuje się na kilogramy. Tu jednostką sprzedaży jest kamaz.

0040 0032 0048

Zapakowane po brzegi ciężarówki pokonują ponad 150 kilometrów. Wolno jadą do fabryki, do Tbilvina. Około godziny 15:00 docierają na miejsce i wtedy zaczyna się krzątanina. Ciężarówki podjeżdżają na rampę. Technik pobiera próbkę winogron, bada ich słodkość, soczystość i smak. Jeśli próbka spełnia surowe normy, samochód jest ważony i przejeżdża na miejsce zwałki. Wszystko wokół lśni srebrem. Nowoczesne kadzie z nierdzewnej stali, sterylne taśmociągi, laboratorium. Wrzucone do kadzi owoce są od razu mielone. Z jednej strony wychodzi przepyszny sok winogronowy, z drugiej odpady – skórki, gałązki i liście.

0031 0035 0034 0036

Tajemne receptury

Sok na wino trafia do cystern i jedzie do fabryki w Tbilisi lub do wyglądających jak łodzie podwodne wielotonowych zbiorników. Zaczyna się magiczna przemiana w wino. Procesy zachodzące w wielkich kadziach są pilnie strzeżoną tajemnicą. Trwa to kilkadziesiąt dni.

0037   0019

Gdy wino jest gotowe trafia do laboratorium. Tu przeprowadza się analizy chemiczne, badane są bakterie, smak i kolor. Wszystko po to, by utrzymać wysoką jakość. Po zakończeniu testów, wino trafia na taśmę produkcyjną. Specjalnie dla Tbilvina wyprodukowane butelki są automatycznie napełniane alkoholem. Automatyczna kapslownica wciska sprowadzone z Portugalii korki. Obsługa, tym razem ręcznie, nakleja etykiety i pakuje butelki do kartonów. Już niebawem wino trafi na nasze stoły. Wszystko odbywa się przy pomocy nowoczesnej technologii i automatyzacji.

0025 0038 0021 0022 0020 0023 0024

Tylko wybrane partie wina trafiają do specjalnych beczek. Leżakują przez wiele miesięcy w centrali Tbilvino w Tbilisi, by potem trafić do właścicieli najbardziej wymagających podniebień. My lubimy te popularne gatunki i dla nich właśnie odwiedziłyśmy Gruzję.

0030 0029 File70 File76 File72

Sezon winny trwa dwa miesiące. Wtedy mobilizowane są wszystkie siły. Wszyscy pracują całymi nocami. Jeśli ktoś zadzwoni, że kamaz popsuł się gdzieś w trasie, trzeba czekać. Tylko świeże winogrona nadają się do produkcji trunku. Następnego dnia kilka ton owoców z popsutego kamaza trafia na śmietnik.

Tymczasem w fabryce Tbilvino pracownicy cierpliwie oczekują na dostawę owocowego złota. Czasem to oczekiwanie umili przyjazd dziewczyn z Polski, które z ciekawością przyglądają się procesowi produkcji, degustują swoje ulubione wina, zadają mnóstwo pytań. A na koniec zapraszają Tamaza i Zviada – głównych winomieszaczy, na przejażdżkę motocyklami po okolicy. Na co dzień, gdy słońce jest już wysoko na niebie, pracownicy do poduszki piją małe piwo i zmęczeni idą spać.

0026 0027 0028

(by Graża)

 

Epizod 2. Stan rosyjskich służb mundurowych – studium przypadków

Postanowiłyśmy sprezentować celnikowi niezapomniane chwile w towarzystwie jego własnej wyobraźni. Spojrzałyśmy na siebie i wymieniłyśmy tajemnicze uśmiechy. Funkcjonariusz o nic więcej nie spytał.

Poranna toaleta w oparach własnych siuśków otrzeźwiła nasze umysły. Na śniadanie w hotelowej stołówce zjadłyśmy niby jajecznicę i wraz z robotnikami ruszającymi na robotu opuściłyśmy Nevinnomyssk. Cel na dziś – Droga Wojenna.

Dobry i zły glina

Zbliżałyśmy się do granicy między rosyjskimi obwodami. Posterunek milicji, szlaban (otwarty) i tłum groźnych milicjantów. Ograniczenie do dwudziestu, więc korek powstał w mgnieniu oka. Przed nami  wielki ził zapakowany po brzegi nie wiadomo czym smrodził nam prosto w nosy. Pomyślałam, że motocykliści mają tu takie same prawa, jak w każdej innej części świata. Spojrzenie w lusterko i wyprzedziłam smrodziucha. Basia protestowała, ale nie było odwrotu. Wyminęłyśmy korek i wolniutko toczyłyśmy się do rogatek. Mijani milicjanci popatrzyli na nas srogo i… stop. Kazano nam podejść do kontroli. W budce siedziało dwóch funkcjonariuszy. Pierwszy okazał się sympatyczny – nawet nie zajrzał do dokumentów. Zapytał dokąd jedziemy, gdzie są nasi mężowie i kazał jechać dalej. Zadowolone odwróciłyśmy się od okienka, żeby ruszyć w stronę rumaków, a tu nagle usłyszałyśmy mrożące krew w żyłach: СТОП! Na drodze stanął nam drugi milicjant. Zabrał paszporty i się zaczęło:
– Piłaś? – spojrzał na mnie (Grażę) spode łba.
Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że dziś nie.
– Czy piłaś? – powtórzył pytanie.
– Tak, lampkę wina dwa dni temu.
Zły glina kazał dmuchać w alkomat. Pewna, że przecież nic nie wyjdzie, wykonałam polecenie. A tu zaskoczenie – zapaliła się czerwona lampka.
– Piłaś, to zabronione. Masz alkohol we krwi.
Przed oczami stanęła nam wizja gułagu gdzieś na dalekiej Syberii.
– Nie jestem pijana, nie mogę mieć w sobie alkoholu. To była lampka wina dwa dni temu.
– Piłaś, to zabronione.
Zaczęliśmy się upierać przy swoim. Mojsza racja – twojsza racja. Powiało syberyjskim wiatrem. To tam zakończy się nasza wielka wyprawa? Chcąc uniknąć nadprogramowej wycieczki na białe niedźwiedzie, postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę.
– Jedźmy do szpitala, zbadamy krew – zaproponowałam.
– Nigdzie nie będziemy jechać! Piłaś, a to zabronione. Dalej nie pojedziesz!
Weź tu rozmawiaj. Zrezygnowana spuściłam wzrok, szukając pomocy w swoich butach. Nieoczekiwanie usłyszałam:
– No, uważaj! – zanim zdążyłam podnieść wzrok, zły glina dodał. – Szczęśliwej podróży.
Na Syberię? – myślę sobie. Ale policjant oddał nam dokumenty i poszedł szukać kolejnego w sztok pijanego kierowcę. Choć nogi ze strachu miałyśmy jak słupy telegraficzne, to szybko się odwróciłyśmy i żwawym krokiem poszłyśmy do motocykli. Miałyśmy ochotę uciec jak najszybciej, ale żeby nie narobić sobie dodatkowego kłopotu odpaliłyśmy silniki i ruszyłyśmy spokojnie. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej odkręciłyśmy manetki, żeby wraz z rosnącym przebiegiem, pożegnać wspomnienie o praworządnym spadkobiercy rosyjskiej ochrany.

Przyjaciółki bujnej wyobraźni

We Władykaukazie skręciłyśmy na południe. Krajobraz zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Z ziemi wyrosły góry, zrobiło się bardziej zielono. Nisko zawieszone chmury przyniosły ochłodzenie. A my jechałyśmy coraz wyżej, coraz bliżej ciężkich obłoków. Prosta trasa zaczęła zakręcać mocniej i mocniej. Właśnie wtedy zdałyśmy sobie sprawę, że to już za chwilę. Twarze pod kaskami zmieniły się na skutek szerokich uśmiechów. Gruzja nas nie zawiedzie!

Jeszcze tylko ostatnie spotkanie ze służbami mundurowymi na granicy i osiągniemy cel podróży – Sakartwelo. Stwierdziłyśmy, że zajście z alkomatem wyczerpało pulę ofert turystycznych za koło podbiegunowe, więc śmiało podjechałyśmy do pierwszej budki.

Rosyjski celnik patrzy na nas podejrzliwie.
– Siostry?
– Nie.
– A kto?
– Przyjaciółki.
Zmierzył nas chytrymi oczkami osadzonymi głęboko w wyposażonej w sprośny uśmiech twarzy.
– Przyjaciółki? He, he.
Postanowiłyśmy sprezentować celnikowi niezapomniane chwile w towarzystwie jego własnej wyobraźni. Spojrzałyśmy na siebie i wymieniłyśmy tajemnicze uśmiechy. Tym razem dobrze wyczułyśmy sprawę. Funkcjonariusz o nic więcej nie spytał, tylko wyjął swoją wielką… pieczątkę, postawił ją tam gdzie powinien i przepuścił nas dalej.

Między kontrolą celną a paszportową utknęłyśmy w małym korku. Ale nie miałyśmy zamiaru sie przepychać. Przed nami łada i wołga, więc długo czekać nie będziemy. Chyba z nudów podszedł do nas  mundurowy z kałasznikowem.
Kontrabanda jest?
Uśmiecham się głupio i czuję jak z tankbaga wychylają się główki dwóch paczek fajek.
Niet – odpowiada Basia właśnie w chwili, gdy otwierałam usta by przyznać się do przemytu. Już nawet silnika nie chcę odpalać. Przepycham trampka po cichutku.

Odetchnęłyśmy z ulgą widząc w okienku sympatyczną, młodą tamożennicę. Zaczęła kartkować mój paszport. Skanowała, co tylko mogła. Zatrzymała się na jednej stronie, wzięła lupę i zaczęła ją pieczołowicie oglądać. Starałam się zachować spokój. Celniczka wyszła z budki i na całe gardło krzyknęła: tawariszcz starszy lejtnant padajdzi. Znów poczułam syberyjski mróz na karku. Na chwilę w głowie pojawiła mi się schizofreniczna myśl, że być może paszport kupiłam w poprzednim życiu na stadionie X-lecia, a zamiast zdjęcia z uchem wkleiłam sobie Myszkę Miki. Pogrążona w surrealistycznych wizjach zobaczyłam, jak starszy lejtnant podchodzi. Ne zaglądając do paszportu zapytał o cel naszej podróży.
– Gruzja, na motocyklach? Po co?
Choć pytanie było proste, to bałam się na nie odpowiedzieć. Bałam się oskarżenia, że jestem przestępcą, bo wykorzystałam drogi Matki Rosji, żeby dostać się do jej wroga -Gruzji. Milczałam jak zamurowana, aż znudzony lejtnant sobie poszedł. Przeszłam stopą poza białą linię wyrysowaną na asfalcie, żeby upewnić się, że to wszystko już za mną i czekałam na Basię. Ta, o dziwo, nie miała takich problemów, więc już po chwili mogłyśmy spokojnie wjechać na pas ziemi niczyjej.

Gruzińskie przejście graniczne powitało nas płynną angielszczyzną i skanerem siatkówki oka. Jedno okienko, żadnych pytań. Może w mojej siatkówce są zakodowane wszystkie niezbędne informacje. Szkoda, że Rosjanie nie mają takiego skanera. Nie musiałabym przeżywać takich katuszy!

Na wojennej ścieżce

Zaraz za gruzińskim przejściem granicznym rozpoczyna się jedna z atrakcji, na które długo czekałyśmy – Droga Wojenna. Biegnie z Tbilisi do Władykaukazu i łączy Południowy i Północny Kaukaz. Od starożytności wykorzystywana była przez armie, kupców i ludy wędrujące między Azją i Europą. Mocno ufortyfikowana, służyła za drogę przerzutową dla dużych oddziałów w czasie wojny w Czeczenii i Dagestanie. Dwa opancerzone trampki z wojowniczo nastawionymi dziewczynami rozpoczęły podbój Gruzji.

W interkomie usłyszałam głośne i przeciągłe “aaaaaaaaaaa”. Spojrząłam w lusterka, ale wszystko wydawało się być w porządku. Podziw wzbudziła wydolność basinych płuc. Spytałam, czy wszystko ok. Okazało się, że nie należy regulować odbiorników. Wyartykułowała po prostu to, czego ja nie umiałam – prawdziwy zachwyt. Jedna z najbardziej malowniczych dróg Gruzji w pełni zasługuje na miano najważniejszej atrakcji turystycznej kraju. Siedemdziesiąt kilometrów po Kaukazie wynagrodziło nam pięć dni monotonnej tułaczki po niczym. Minęłyśmy Stepantsmindę zachwycając się kościołem Świętej Trójcy na tle Kazbegu, minęłyśmy przełęcz Krzyżową i zatrzymałyśmy się na noc w Gudauri.

0011

0012

0015 0014 0013IMG_0039 IMG_0041 IMG_0042 IMG_0045 0306 0307 0308

PS Dobra dobra, wiem, że to nie był skaner siatkówki oka, a ordynarna w swej zwyczajności kamera, ale sami przyznajcie, że skaner siatkówki oka brzmi lepiej.

(by Graża)

Epizod 1. Dwie dziewczyny na dwóch motocyklach

 

Czułyśmy się jak małe dzieci, choć mamy porządne 30+. Dwanaście godzin później będziemy siedzieć w namiocie rozbitym na podwórku obcego człowieka, chichrać się jak wariatki i cieszyć się skrytymi w nas dzieciakami.

Pół roku temu przy lampce wina marzyłyśmy o pierwszej wyprawie motocyklowej. Pojechać we dwie, bez mężczyzn, w miejsce odpowiadające naszym charakterom i potrzebie przeżycia przygody. Pokonując tysiące kilometrów palcem po mapie, trafiłyśmy na Gruzję. Do obrania tego kierunku przekonały nas krajobrazy, wyzwanie krętych tras, gdzieniegdzie tylko pokrytych asfaltem, i wino.

Postanowiłyśmy, że jedną z najważniejszych atrakcji muszą być odwiedziny w winnicy i poznanie procesu profesjonalnego tworzenia ulubionego napoju Dionizosa. Centrum Wina ochoczo wsparło nas w realizacji tego planu. I tak 6 września miałyśmy się stawić w jednej z winnic, w której wyrabiano nasz ulubiony gatunek gruzińskiego nektaru.

Gwiazdy praskiego podwórka

Rodziny, przyjaciele, twarze obserwujące wszystko przez okna. Sąsiedzi, którzy na chwilę wyszli wyrzucić śmieci, a rozmawiali już z nami dobre piętnaście minut. Pożegnanie pod blokiem. Wszyscy wiedzieli, że szykujemy się na wyjątkową dla nas wyprawę. Dziś mogli obserwować nasz start. Byłyśmy gwiazdami praskiego podwórka i dostarczyłyśmy sąsiadom rozmów na kilka kolejnych dni.

Rodziny żegnały nas tak, jak się żegna małe dzieci wyjeżdżające na kolonie. Podkowy na szczęście, kwiaty, łzy w oczach i przestrogi. Czułyśmy się jak małe dzieci, choć przecież każda z nas to porządne 30+. A może jednak jesteśmy dziećmi? Przecież dwanaście godzin później będziemy siedzieć w namiocie rozbitym na podwórku obcego człowieka i chichrać się jak wariatki.

IMG_3541

IMG_3553IMG_3551IMG_3549  IMG_3582 IMG_3590

Kawaler Kola

Ukraina przywitała nas piękną pogodą i niespotykaną gościnnością. Ambitny plan, by robić dziennie po 700-800 kilometrów szybko legł w gruzach. Pierwszej nocy, gdzieś po środku niczego, zastał nas zmierzch i postanowiłyśmy szukać pomocy w Rokitnie – pobliskiej wsi.

Tam wystarczyła krótka rozmowa pod sklepem z ukraińskim marynarzem. Kilka telefonów później otrzymałyśmy dumną eskortę. Stara łada, wypakowana po brzegi młodymi mężczyznami ubranymi w białe dresy, poprowadziła nas na drugi koniec wsi. Małe podwórko. Chwilę zaczekałyśmy na gospodarza Kolę, a ten nie tracąc czasu, zabrał się do oprowadzania nas po swojej posiadłości.

Pierwszy dom był starszy. Stary piec, ściany bielone wapnem, wszędzie mnóstwo zapasów na zimę.
S prawa − recytował z dumą i odpowiednią emfazą Kola − nowyj dom pastrojen swaimi rukami. Chałodnaja wada jest, ciepłaja toże i daże keramiczieskoj tualiet. Komnata s kuchniej kak na amerikanskom filmie. Raskosz, dziewuszki, raskosz!

Na luksusy składały się m.in. święte obrazki, ściany sowicie okraszone błyskającymi i migającymi ozdobami oraz prawdziwa, ciężka pierzyna wyjątkowo przydatna latem. Wszystko pięknie, ale od razu było widać, że to dom kawalera-ryzykanta lubiącego adrenalinę. W posiadłości Koli bojler podłączało się za pomocą kombinerek i gumowej rękawicy. Iskry z kabli leciały takie, że dotknięcie tej żółtej od osadu wanny budziło obawy naszych wiernych zasadom BHP dusz. Wiszące nad nią złowieszczo kable wróżyły szybki koniec naszej long way via Gruzja. Jednak adrenalina, to nasza druga natura. Potrzeba kąpieli była silniejsza od strachu przed prądem. Poza tym zawsze chciałyśmy wystąpić w scenie z wanną i tosterem. Kola dał nam swoje gumowe klapki (chyba jako izolację) i pokazał jak obsłużyć kran. Skomplikowana kombinacja przełączników pomiędzy umywalką, prysznicem i pralką sprawiła, że zafundowałyśmy sobie fiński prysznic – na chwilę wrzątek, potem lodówa. I tak trudy podróży zostały zmyte.

Kola chwalił się, że wszystko zrobił sam, a my odniosłyśmy wrażenie, że ludzie pod sklepem specjalnie zaprowadzili nas do niego, żeby przy okazji zabawić się w swatów. Gospodarz także nie chcąc marnować okazji, po kąpieli zaprosił nas na noc do swojego domu.
– To wyjątkowo miłe z twojej strony, Kola, ale to, pierwsza, dziewicza noc wyprawy. A i namiot już rozstawiony i wszystko przygotowane.

Nie mogłyśmy sobie pozwolić na kłótnie i walkę o mężczyznę już pierwszego dnia wyprawy. Zasnęłyśmy więc same, w czarnym i zimnym namiocie, na pocieszenie snując wizje czekających nas przygód.

File16 File11

0001

Rano pierwsze pakowanie. Chyba w nocy ktoś podłożył dodatkowy bagaż? Sakwy się nie dopinały. Kilka rzeczy poleciało na wierzch, pod pasy. A z letniego domku zaczęły dolatywać przyjemne zapachy. To Kola chciał pokazać, co tracimy – zrobił dla nas śniadanie. Nie broniłyśmy się zbyt mocno przed konsumpcją i zasiadłyśmy do stołu. Grzyby smażone z cebulą. Gotowane, okraszone wielkimi skwarkami ziemniaki. Kwaszone pomidory. To nie było śniadanie w stylu śródziemnomorskim, ale nie wypadało odmówić, więc skubałyśmy potrawy i rozmawialiśmy o życiu. Po śniadaniu herbata madras i… kieliszek koniaku. Herbatę wypiłyśmy, za alkohol grzecznie podziękowałyśmy.

0002

File6 File21

Wriemiennyj wwoz

Krótkie pożegnanie i pojechałyśmy dalej. Był 1 września, więc wszędzie widziałyśmy tłumy machających do nas dzieciaków wracających z rozpoczęcia roku szkolnego. Przypomniały się stare czasy, gdy w białych podkolanówkach i galowym ubraniu biegłyśmy do szkoły. Na Ukrainie nadal modne są warkocze i wielkie białe kwiaty we włosach. Robiłam takie z chusteczek higienicznych.

File19

Pod Charkowem spotykałyśmy motocyklistę na V-stromie i poprosiłyśmy o pokazanie jakiegoś dobrego objazdu miasta. Ten nie zamierzał nam nic tłumaczyć. Odpalił maszynę i kazał za sobą jechać. Szybko ominęliśmy ogromną metropolię i wyjechaliśmy na jej przedmieścia. V-stromowiec Igor dał nam na wszelki wypadek swój numer telefonu oraz namiary do ukraińskiego motohelpa. Opuściłyśmy Ukrainę. Na granicy sporo niezrozumiałej papierologii. Wriemiennyj wwoz wypełniają za nas celnicy, a my po złożeniu zamaszystych autografów dość szybko wkraczamy do dawnego Kraju Rad.

File37

W kotka i myszkę z psami 

Jazda wzdłuż rosyjskiego Kaukazu była monotonna. Wyjeżdżając na szczyt niewielkiego pagórka widziałyśmy wielokilometrową prostą kończąca się kolejnym pagórkiem. Tempomat i blokada kierownicy stały się obsesyjnym marzeniem. Myśl o tym, że za szczytem będzie kolejny wielokilometrowy, nijaki odcinek działała zniechęcająco i nasuwała wątpliwości, czy podróż samolotem nie byłaby wygodniejsza. Ile jeszcze takich pagórków zanim wreszcie osiągniemy cel podróży?

0006

0009

W deszczu omijałyśmy Rostov. Na dwupasmowej drodze był taki tłok, że przeciskanie się po linii nie wchodziło w grę. Tym bardziej, że lokalni kierowcy wyznają chyba zasadę: “motocyklista mój wróg” i za żadne skarby nie chcieli ustąpić miejsca. Dziesiątki dymiących i smrodzących ziłów, kamazów i krazów walczyło o metry drogi z ładami, wołgami i wszechobecnymi mercedesami klasy C. Po trzech godzinach udało nam się objechać Rostov i zadowolone myślałyśmy, że najgorsze za nami.

Wieczór zastał nas pod Nevinnomysskiem. W poszukiwaniu hotelu zjechałyśmy na szutrowy podjazd jakiegoś hotelopodobnego budynku. Basia wyczuła kłopoty i zatrzymała się na wjeździe. Podjechałam pod budynek i usłyszałam wściekłe ujadanie psów. Na początku były to dwa wyrośnięte kundle, które wyskoczyły z krzaków i dobrały się do moich butów i kół. Szybko i bezupadkowo zawróciłam i zaczęłam uciekać. Gaz, hamulec, gaz, hamulec. Z każdej dziury zaczęły wyskakiwać kolejne burki. Goniły mnie jeszcze kilkadziesiąt metrów, a ja myślałam tylko o tym, by na żadnego nie najechać. Poczułam się jak zwierzę, na które poluje stado wilków. Wreszcie wjechałam na asfalt i gaz do dechy. W lusterku widziałam uparte jak osioł i zawzięte jak rój os rosyjskie burki, a w interkomie huczał głośny śmiech Basi.

Gdzieś w hotelowym korytarzu…

Schronienie znalazłyśmy w hotelu Kubań. Recepcjonistka, po zainkasowaniu niebotycznej opłaty dała nam karteczkę z informacją o numerze pokoju. Zdziwiona spytałam o klucz, a ona na to, że klucz wyda nam dyżurna w korytarzu. Upewniwszy się, że winda działa, wpakowałyśmy bambetle do środka i wcisnęłyśmy przycisk rosyjskiego drugiego piętra. Światła zgasły, winda nie ruszyła. Po chwili drzwi się otworzyły, a my wciąż na pierwym etaże. Recepcjonistka krzyknęła do nas z okienka, że winda jeździ, ale nie zatrzymuje się na naszym piętrze. Lekko zdezorientowane wcisnęłyśmy trójkę i już po chwili powitała nas dyżurna piętra. Wydała klucze i powiadomiła, że nasz pokój jest piętro niżej. Zeszłyśmy o jeden poziom. Ręce wydłużyły nam się  do samej ziemi, a kręgosłup wygiął się w eskę. Na końcu korytarza, jakieś dwieście metrów od windy paliło się światło. Więc my, jak dwa zetory, podążając w stronę światła, doczłapałyśmy się w końcu objuczone do naszego pokoju. Warunki koszmarne. Woda w łazience zamiast do rur wyciekała na podłogę i nie wiadomo czy stało się w wodzie czy we własnych siuśkach. Od płaczu powstrzymywał nas absurd całej sytuacji i wi-fi z hasłem: 1234567890.

0008 0007

KONIEC CZĘŚĆI PIERWSZEJ

(by Graża)

A, jak Alicja. B, jak Baran

Powoli i z mozołem szykujemy relację z naszej eskapady. Montujemy filmy, bawimy się zdjęciami, przygotowujemy testy różnych mniej lub bardziej przydatnych rzeczy.

Ale zanim to nastąpi, to chciałybyśmy przekazać swoje podziękowania (tak, wiemy, że trochę nam to zajęło) tym wszystkim, bez których One Temu Winne by nie istniały, a o których do tej pory nie wspomniałyśmy na blogu.

alicja1

A, jak Alicja. Nasz ghost writer. Nasz reżyser i scenarzysta i pomysłodawczyni wielu głupot. Niezła z niej krejzolka. Bez niej nikt by nas nie czytał, nie oglądał i nie kochał, bo wszyscy posnęli by z nudów. Co więcej – ona jeszcze nie skończyła. Szykuje kilka mega filmów i mega teledysk. Tak ze sto kilo-wato-mega-uderzeń na centymetr kwadratowy! 😀

IMG_0349B, jak Basia, która wpadła na pomysł babskiego wyjazdu i która uparcie broniła naszych ustaleń. Miała siłę, gdy ogarniała mnie czarna rozpacz oraz cierpliwie znosiła moje humory, zaczepki i złośliwości.

😀

baran21B, jak Baran, który dwoma lutami sprawił, że przez 8000 kilometrów nie dotykałam się do łańcucha, tylko dolewałam smaru do zbiorniczka i pokręcałam przełącznikiem!

a

😀

biedrB jak Biedron za pasy do mocowania bagażu, które się popsuły, ale miały ładny kolor.

a

a

😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERAC, jak Ciocia Cela, która dała nam na drogę złote podkowy, które nas chroniły przez 20 dni.

a

a

😀

SONY DSCD, jak Daniel, który pojechał do Karpacza i kupił nam baranie skóry. O tym jak są wygodne i miłe dla tyłeczka dowiecie się z relacji.

a

a

😀

ewelinaE, jak Ewelina i Tomek, wypożyczyli nam swoją super zaopatrzoną apteczkę, która do niczego nam się nie przydała.

a

😀

Fuszkiny F, jak Fuszkiny, za łezkę w oku i chusteczkę powiewającą na Zakręcie. I motocykl Basi – w końcu od nich kupiła swojego dzielnego rumaka.

a

a

😀

0188G, jak Graża, bo co by nie mówić, bez nas ta wyprawa by się też nie odbyła. Więc Graży (piszę ja, Basia) za to, że się nie poddawała nawet w bardzo trudnych momentach. Że walczyła dzielnie do samego końca i o sponsorów i o patronów i na samej wyprawie o każdy kilometr.

a

😀

H, jak Hubert, który wstawił się za nami w Lateksie, dzięki czemu nie martwiłyśmy się o żadne gumki. Do kompletu dorzucił też serwis czterech kapci. 😀

Pierwszy Dzień Świąt (16)Hubert – brat cioteczny Basi, za wsparcie własną wiedzą, mapami i przewodnikami.

a

a

a

a

😀

I, jak Inni nie wymienieni z imienia i z nazwiska za to, że byli przy nas w czasie przygotowań, podróży i po powrocie. Dodawali otuchy i sprawiali, że chciało nam się działać. 😀

IBM, za to, że dali Basi trzy tygodnie urlopu i z wielką cierpliwością znosili wcześniejsze urywanie się z pracy w celu przygotowania do wyjazdu. 😀

J, jak Jadźka z pierwszego piętra na Strzeleckiej, której nie znamy, ale jak odjeżdżałyśmy to siedziała w oknie i zalana łzami żegnała nas czule. 😀

kret2K, jak Kret, za ekspandery i zastrzyk gotówki.

a

a

😀

korzeńKorzeń, który odważył się pożyczyć nam rejestrator dźwięku i obrazu.

a

😀

_DSC4995-2 L, jak rodzina Laskowsko-Kalinowskich – za wsparcie finansowe i mentalne. Za św. Krzysztofa i lajkowanie naszych postów, za trzymanie kciuków i ciągłe powtarzanie – dacie radę, my w was wierzymy.

😀

madrafiM, jak Madrafi, który ogarnął do kupy naszą nawigację. Ani razu się nie zgubiłyśmy i wcale nie klęłyśmy tak bardzo zmieniając mapy i szukając metody na ich użycie.

a

a

a

a

😀

Maras2 jak Maras, za to, że był, że rozłożył część swojego Trampka, żeby być dawcą np. centralki, której ostatecznie nie wzięłyśmy. Za wymarzone handbary Basi i pomoc przy przygotowaniu motocykli.

a

a

a

😀

misiekjak Misiek, który mino marudzenia małżonki cierpliwie cykał nam fotki i śmiało je modyfikował.

a

a

😀

nenoN, jak  Neno – nasz pierwszy, o nic nie proszony darczyńca. Dzięki niemu uwierzyłyśmy, że to wszystko ma sens.

a

😀

olaO, jak Ola i cała rodzina Kozłowskich, za to, że wsiadła ze mną na motocykl i dodała mi wiary we własne umiejętności.

a

😀

policjanciP, jak Policjanci, którzy mimo groźnej miny i licznych prób wlepienia nam mandatu zawsze z uśmiechem puszczali nas wolno, żegnając słowami “szerokiej drogi, uważajcie na siebie”.

😀

Burak-ćwikłowy R, jak Retman, który uświadomił nam, że buraki występują nie tylko w świecie flory i że mamy większy dystans do siebie niż nam się pierwotnie wydawało.

a

a

😦

jak Romek, który z własnej, nieprzymuszonej woli zafundował nam wizę do Rosji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAS, jak siostra Lidka i szwagier Tomek i Mikołaj, którzy nie skrywali niczego i otwarcie mówili, że nie powinnam jechać (ja Graża) sama, bez faceta. Ale mimo marudzenia, byli zawsze przy mnie.

a

😀

tcpT, jak przyjaciele z Transalpclub Polska, którzy dali nam tyle dobrych rad, że nie zmieściły się do naszych sakw, więc większość z nich zostawiłyśmy w domu, z nadzieją, że może się komuś kiedyś przydadzą. 😀

ulaU, jak Ula, która dwa dni przed wyjazdem przysłała nam kilka ślicznych filcowych kwiatków.

a

a

😀

wujekW, jak Wujek, który wypił trochę gruzińskiego wina, za które szczodrze nam zapłacił.

a

a

😀

Z, jak Zenon, który sprezentował nam tuby. Trochę się namęczyłyśmy, żeby je przysposobić do naszych trampków, ale po kilku cięciach i klejeniu sprawdziły się w roli apteczki-narzędziówki.

zenekZ, jak Zenek, który mimo nieskrywanej niechęci pomagał dzielnie i tylko czasem puszczały mu nerwy. Za resztę Graża dziękuje mu na osobności, bo nie przeszło by to cenzury.

😀

Ślady tytanów i litewski leitmotiv

14 września, sobota.

Wczoraj, po wymagającym offie, który zmienił nas w córki młynarza, zatrzymałyśmy się w Lentheki. Na dziś zaplanowałyśmy trasę przez Kutaisi do Kazbegi. Zaczęło się dość monotonnie. Wierzcie lub nie, ale kolejne serpentyny ciągnące się przez około 70 km mogą się znudzić.

Przed Kutaisi zjechałyśmy do Jaskini Prometeusza.

DSC_0609

Podobno Gruzini nieoficjalnie toczą narodowy spór o to, w którym konkretnie miejscu sęp, czy jakiś inny orzeł spożywał na śniadanie tytanową wątróbkę z cebulką. Ale według przewodników to podobno też tam. Przekroczyłyśmy wrota jaskini.

DSC_0612

Świadomość, że właśnie tędy Zeus wlókł Prometeusza, a potem Herkules go stamtąd wywlekał, dodawała naszej eksploracji patosu. Potem przewodnik powiedział, że tak naprawdę to ta ciemna jama była kilku gwiazdkowym hotelem, w którym zatrzymali się Jazon i Argonauci w wyprawie po Złote Runo, ale pal to licho. Czułyśmy się bosko niezależnie od mitologicznych przekazów. Przepiękne miejsce. Pływałyśmy łodzią po podziemnych jeziorach, przechadzałyśmy między stalaktytami i fantastycznymi, podświetlanymi feerią barw naciekami. Było czym oko nacieszyć.

IMG_0727aDSC_0654a

Basia do kolekcji gruzińskich narzeczonych obok policjanta mogła dodać przewodnika, któremu ewidentnie wpadła w oko. Zaczęłyśmy się przymierzać do nakręcenia gruzińskiej wersji “Y.M.C.A.”. Niestety, mój (Graży) karnecik stracił na wartości. Na domiar złego wszyscy chwalili walory Basi, uznając ją za moją… córkę. Wychodząc z jaskini przeżyłyśmy chwilę, w której ciepło nam się zrobiło na sercach. Oto stoją przed nami jawy motocyklowych współbraci z Litwy.

Dojechałyśmy do Kutaisi. To podobno jedno z najstarszych miast na świecie. Na nas niestety nie zrobiło wrażenia. Zgodnie uznałyśmy, że jest po prostu brzydkie i nie ma w nim za bardzo co robić. Jedyne, co mi (Basi) się spodobało, to złoty pomnik z czymś, co przypominało konie.

DSC_0664

Podobno jest w tym mieście katedra wpisana na listę UNESCO, ale jej na własne oczy nie widziałyśmy. Z założenia nie jechałyśmy tu po to, by zwiedzać kościoły. Usprawiedliwieniem może też być 35-stopniowy upał. W pewnym momencie myślałam (Graża), że dostaję udaru cieplnego. To było straszne. Na początku dnia mało piłyśmy i to się odbiło. A do osiemnastej było tak gorąco, że przy tym upale żar silnika motocyklowego, to pikuś.

Wyjechałyśmy z Kutaisi. Miałyśmy jechać największą drogą w Gruzji. I wiadomo – skoro to jedyna taka droga tutaj, to trzeba korzystać. Miałyśmy wrażenie, że wszyscy mieszkańcy postanowili czerpać z tego rogu obfitości i próbując dostać się z Tbilisi do Wardzii, robią to przez Poti. To tak, jakby z Krakowa do Wadowic lecieć przez Szczecin. Ruch jak na Marszałkowskiej. Ale skorzystałyśmy i my, mając jedną z niewielu okazji, by pojechać 110 km/h nie łamiąc przepisów. I żeby nie pozostawiać złudzeń – ta droga nie jest autostradą z trzema pasami ruchu. To zwykła jednopasmówka bez pobocza.

IMG_0553

Najgorsi i najniebezpieczniejsi są tu kierowcy zbiorowych taksówek, czyli marszrutek. Kaskaderzy, pożeracze adrenaliny, którzy do opłat za bilety na pewno pobierają grosz za dodatkowe wrażenia, a przejażdżka takim wehikułem jest rozrywką na miarę skoku na bungie. Wyprzedzanie tira, wyprzedzanego przez innego tira na zakręcie to dla nich chleb powszedni. Bohaterowie “Footloos”, którzy pojedynkowali się koparkami, lub najbardziej zajadli wojownicy z “Akiry” mogli by u nich pobierać lekcje. Odniosłyśmy wrażenie, że gruzińscy królowie marszrutek tylko czekają na taki sposób wyprzedzania, w którym będą mogli pojechać z kimś na czołówkę.

Zmęczone upałem, oszołomione pokazami kierowców, zdecydowałyśmy się zatrzymać na wodę i lody. Wjeżdżamy na parking, a tu niespodzianka – litewski leitmotiv na jawach ze snów. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Dowiedziałyśmy się, że prędkości jakie osiągają na swoich rumakach to 70 km/h i 90 km/h z górki. Od razu zastanawiałyśmy się, jak oni to robią, że nie boją się wyprzedzających ich co chwila wielkich ciężarów z drewnem. Te 70 na liczniku miały ostatnio chyba przed Lentheki. Siorbałyśmy życiodajne H2O, chłodziłyśmy się lodami i dotrzymywałyśmy towarzystwa pakującym się do odjazdu Litwinom. I ruszyli podziwiać zachody słońca nad ziemią azerską.

Pomknęłyśmy w stronę Kazbegi. Do planowanego miejsca noclegu nie było szans dojechać. 80 km przed Gori i 200 km przed Kazbegi przywitał nas zmrok. Jak na panny wygodnickie przystało, zatrzymałyśmy się w hotelu. Dostałyśmy pokój, który określono mianem luksusowego. Jego luksusowość polegała na tym, że miał łazienkę. Szkoda tylko, że od jakiegoś czasu nie sprzątaną i pozbawioną elementów umożliwiających podstawowe sprzątnięcie po sobie. Niewątpliwym plusem jest to, że pani z hotelu zrobiła nam dwa prania, więc po raz pierwszy od wyjazdu mamy wszystkie ciuchy czyste i pachnące. Na dwa dni przed opuszczeniem Gruzji.

IMG_0010